Annihilator, Sworn Amongst, Svölk; Kraków, Klub Loch Ness; 27.10.2010

Hmmm… Jakby to tu zacząć. Może tak o: proszę szanownego państwa, nie lubię Annihilator. Hehe, już widzę jak prydupasy Vlada i inne takie huncwoty właśnie opluwają monitory chipsami i koką kolą z wrażenia. Jak to, nie lubić Annihilator i jeszcze pisać o thrashu? Ano tak to, zawrzeć dupy, jakem słuchał thrashu to większość z was (nie wszyscy, ale ¾ dzisiejszych prawilnych kataniorzy z milionem naszywek, miliardem koszulek w szafie i góra 10 albumami na półce) mówiła na odkurzacz „Panie Smoku”. Dlatego tym milej wspominam ichni ryczytal jaki odbył się 27.10.2010 w krakowskim klubie Loch Ness. Ale po kolei.

Na miejscu zameldowałem się dosyć solidnie przed czasem i po paru perypetiach udało mi się odbyć ustawioną wcześniej 15-minutową pogawędkę z Watersem, który okazał się wbrew pozorom całkiem równym i kontaktowym a nade wszystko wylewnym rozmówcą (wywiad gdzieś w odpowiednim dziale). Narodu przybyło niemal na tyle by wypchać klub do reszty, co cieszy w kontekście ostatnich sromotnych puch na Venom czy Exumer w Wawie (no bo wiadomo, ze zamiast pójść na koncert lepiej jest siedzieć z siatką 10 browarów po 2,50zł/szt. i narzekać, że drogie te gigi, panie…), ogień pod sceną tlił się już od pierwszej kapeli, a ta była nie byle jaka! Norweski Svölk wycina znakomity, skoczny i bujający stoner metal/rock’n’roll brzmiący jak na moje ucho niczym idealne wypośrodkowanie między Kyuss, Danzig i Volbeat z naleciałościami klasycznego rockabilly i heavy metalu. Krąży nawet plotka, ze w Svölk maczał paluchi sam Yusaf Parvez znany co poniektórym jako Vicotnik… Tak czy inaczej chłopaki zagrali świetny koncert zawierający głównie kawałki z ich debiutu i mimo wstępnej niepewności na jak i pod sceną udało im się solidnie rozruszać publikę ściśniętą w Loch Ness. Brawo!

Niestety ochów i achów nie mogę ni cholery kontynuować przy okazji wypowiedzi o nastepnym w kolejce Sworn Amongst. Ktoś mi to reklamował jako zespół thrashowy, a ja się pytam kiedy on ostatnio uszy mył? Ślicznie uczesani młodzieńcy z kolczykami w dolnej wardze wymiatali albowiem najordynarniejszy emo-metalcore z piszcząco-gulgającym wokalem i kwadratowymi, core’owymi riffami. Sorry, może są tacy, którym się to podoba. Mi nie. Nie mam nic do kolesi, niech se grają co chcą, ale proszę mi tu tych tych tych tych nie wskazywać jako dziedziców Exodus, Testament, Minotaur czy Destruction. Jestem na „nie”, niczym Wojewódzki w „Mam Talent”.

No i w końcu przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Waters & Padden sp. z o.o. wspomagani tym razem przez Alberto Campuzano na basie i Carlosa Cantatore na garkach wyszli pośród owacyjnego powitania publiki. Od razu w oczy rzuciła mi się odpustowa w sposób makabryczny gitara Watersa przyozdobiona czerwonymi, migającymi w ciemności diodkami. No tak. Już prawie listopad, za miesiąc coca-cola nabierze czerwieńszych barw a Polsat zacznie wieścić nadejście „Kevina Samego w Domu”… No ale my tu gadu gadu do obiadu a relacja sama się nie napisze. No więc wjechali na „Ambush” z ostatniej płyty i od razu jakoś tak publika się zerwała do dzikiego młyna a ja stałem jak ten głupi. No bo co? Kapela, której, jawnie się przyznaję, nie rozumiem od trzeciej płyty w górę nagle mi zapodaje taki speed/thrash, że proszę siadać! Annihilator od wejścia pokazał, że jeńcy to tu akurat brani nie będą. Jako drugi poszedł niespecjalny „Clown Parade” z arcychujowego „Metal”, ale jakoś tak z zębem był zagrany, ze mogę nawet przymknąć oko na miałkość i melodyjkowość kompozycji. Maestro Waters wycinał oczywista sola o ponaddźwiękowej prędkości i jubilerskiej precyzji, sekcja rytmiczna też się nie oszczędzała, ale największym zaskoczeniem był dla mnie Dave Padden. Nie znoszę kolesia na płytach, bo brzmi jak uładzona wersja Peavy’ego Wagnera z Rage. Tutaj darł koparkę jakby jutra miało nie być. Właściwie więcej wrzeszczał niż pieścił uszki śpiewem. No i doszliśmy do mojego ulubionego fragmentu koncertu. Dwa razy szybciej niż na swoich studyjnych odpowiednikach przypieprzyły w publikę „Plasma Zombies” (kurdeć, jaki to potrafi być brutalny numer!) i odśpiewana przez Jeffa do źle osadzonego na statywie mikrofonu piosenka o lwie, czyli „King Of The Kill”, przy którym szło dostać autentycznego jobla zrównoważone stonowanym „Betrayed” i pólłballadowym klasykiem „Hell is a War”, odśpiewanym przez pół sali. Zaraz potem potężny „The Box” przetacza się przez publikę niczym walec wiedeński. W końcu pada pytanie, czy polscy fani lubią spidtrasz metal? Na chóralne „JEEEE!!!” paruset gardeł Unicestwiacz wyprowadza kolejny cios w postaci „The Ultra-Motion”. Niestety potem pada „Set The World On Fire”, a tego kawałka, ba! Tej płyty nie znoszę. Więc bardzo się ucieszyłem, ze Jeffowe wygibasy mające na celu przekonać do siebie fanów gówien pokoju późnego Megadeth dobiegły końca robiąc za nudnawą introdukcję do klasycznego napieprzu w „Welcome To Your Death”! Jeśli jakiś cyc właśnie się oburzył, ze jak to tak, że Megadeth gówno, proszę sobie odpalić ostatni wzmiankowany wałek, porównać go do Mustaine’a& co. z okresu powiedzmy „Symphony…”i nie zawracać mi dupy. Poza tym nie ma co szczekać, bo tu zupełnie przyzwoity „The Trend” z nóweczki daje po uszach. Swoją drogą śmieszy mnie powiew hipokryzji Watersa w tym kawałku, któremu nie wyszło z pieprzonym techno-thrashem, potem niespecjalnie ludożerka kupiła go jako podstarzałe Trivium, więc teraz głosi jak to on był zawsze w tym samym speedmetalowym grajdole i nawet zeń nie wychylał swych złotych palców. Na szczęście za długo nie musiałem nad tym deliberować (trudne słowo!), bo ze sceny daje klasyk „The Fun Palace”. Lubię, to i poskakałem. Na nieszczęście potem musiało pójść coś z „Resztek” i dowalili „Tricks & Traps”, jedyny półudany wałek z abominacji pt. „Remains”, aka „Jeff Samoś i Jego Wesoły Cyrk”. No i potem gluty. Chłopacy wzięli siedli na stołkach barowych i przywalili składankę co bardziej rzewnych ballad z repertuaru, uwieńczonych oczywista „Phoenix Rising”. Właśnie tego nie lubię w Annihilator, ale są tacy, którzy lubią i niech im na zdrowie. Sacharyna krystalizowała się w powietrzu. Na szczęście koledzy Inhalatorzy szybko się opamiętali i „21” swoim groovem wyciągnął mnie z marazmu (bo byłem taki plazma zombi trochę…) a zaraz potem pajechali z moją ukochaną „Phantasmagorią”! U- cha u-cha ale zawierucha! Młyn, headbanging i gromkie „FEN! TA! ZME-GOŁ-RJA!” wyryczane przez publikę z Paddenem. I co? I koniec. Koniec? Ależ skądże, panie hrabio! Po chwili skandowania na zmianę „Annihilator! Annihilator!” i „Waters! Waters!” (Padden i koledzy rytmiczni musieli być wniebowzięci…) panowie wyszli na scenę, by zadać ostateczny cios. I co to mogło być? Zaczęło się niewinnie, ot „Crystal Ann”… I nagle ten złowieszczy riff, pomalutku przechodzący w marszowe tempa, by w pewnym momencie nabrać dzikiej prędkości, a wszystko to, by opowiedzieć historię małej dziewczynki trapionej przez niewidzialnych przyjaciół… „Alison Hell” przybyła z zaświatów aby jeszcze raz posiać terror i opętać headbangerów! No i tyle tego. W sumie świetny koncert z tego wyszedł. Spodziewałem się zmanierowanych gwiazd rocka, klepiących z musu dawne przeboje ku uciesze gawiedzi a zastałem całkiem żywiołowy i agresywny speed-thrashowy ansambl ze świecącymi gitarkami co prawda, ale za to z siłą średniej wielkości elektrowni. Szacun, panie Waters!

Autor

8 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *