Annihilation Tour 2009: Infernal War, Anima Damnata, Furia, Enclave, Pleroms Gate; Kraków, Lost Highway Pub, 17.03.2009

Połowa marca stała w tym roku pod znakiem Annihilation Tour. Mnie zainteresował, z racji położenia w najmniejszej okolicy od mojej wioski na biednym Podkarpaciu, odcinek krakowski. Wsiadłem więc do pociągu, ale nie byle jakiego, a do osobowego PKP, znosząc przez trzy godziny zapachy współpasażerów, dotarłem w końcu na miejsce.

Oczywiście nie mogło się obyć bez obsuwy. W ostatnim momencie zmieniona została lokalizacja koncertu. Z początkowo planowanego miejsca, czyli Klubu Loch Ness, impreza przeniosła się do klubu Lost Highway, co niestety mnie nie ucieszyło, bo klub to mały, z nienajlepszą sceną (jeśli podwyższenie na dziesięć centymetrów w ogóle można nazwać sceną) i, co najgorsze, kurewsko drogim piwem. Sorry, siedem zeta to sobie można krzyczeć U Wierzynka, panowie…

Dobra, na pierwszy ogień poszedł jakiś lokalny zespół, którego nazwy nie pomnę, ale było to coś jakby Pleroms Gate. Wiem tylko, że ich nie widziałem, bo byłem zajęty rozmową przy barze na tematy różnorakie z różnorakimi znajomymi płci obu. Ale na Enclave już się zjawiłem, bo był to jeden z dwóch zespołów, na który specjalnie fatygowałem się do Krakowa. Zwłaszcza, że minął mnie ich ostatni gig w moim mieście. I cóż mogę powiedzieć o ich występie? Muzycznie zespół miażdżył, mimo że coś mi się zdaję, iż zagrali już w zmienionym składzie (jakby się nie malowali, to może nawet byłbym pewien, hehe). Ale coż z tego skoro brzmienie w Lost Highway było poniżej wszelkiej krytyki. A Enclave muzycznie naprawdę ma się czym pochwalić, bo „Paradise Of Putrefaction” chwalę i polecam komu się da. No i kaszany nie odstawili, a jako gospodarze (wszak to Krakusy) zgromadzili trochę ludziów pod tą quasi-sceną. Kapela naprawdę świetnie odgrywa ten swój black metal i liczyłem, że koncertowo również będzie na czym ucho zawiesić, a tu się trzeba było dźwięków domyślać.

Po Krakowianach scenę przejął trzeci zespół – i główny cel mojej wizyty na tym gigu. Furia, czyli katowicki black metalowy potwór, który właśnie promował swoją nową epkę, świeżutką jeszcze, której niestety jeszcze nie słyszałem (jakoś nie chcę jej zasysać z sieci, wiem – dziwny jestem, hehe). Ale w „Martwej Polskiej Jesieni” jak i w demówkach zasłuchuję się jak pojebany, więc nie darowałbym sobie, gdyby mnie ich występ ominął. I jestem prawdziwie zadowolony, bo zespół pokazał klasę. Oczywiście brzmienie było do dupy i nie wiem za czym to idzie, bo jak byłem ostatnio w tym klubie, to nie było tragicznie. Ale wracając do show Furii – kapeli udało się uchwycić ten feeling, który emanuje z ich wydawnictw – zimny, mizantropijny. Kapela zaprezentowała się naprawdę nieźle, poczęstowała nas między innymi „Krwią W Kolorze Bursztynu” czy „Dzień Czarny, Noc Czarna”. Coś mi się zdaje, że niestety panowie odpuścili sobie „Idzie Zima”, ja przynajmniej nie kojarzę, by zagrali ten numer, a szkoda, bo utwór to genialny. Życzę sobie następnym razem zobaczyć Furię w jakimś innym, normalnie nagłośnionym klubie, żeby poczuć ten gig w 100 procentach. Bo w oglądanie ich w Lost Highway było jak peep-show – niby się podniecić można, ale ani dotknąć ani nic. No ale to nie chłopaków wina.

Kapela numer cztery w ten wtorkowy wieczór nosiła nazwę Anima Damnata. Za pierwszym razem napaliłem się na ich występ i rozczarowałem się, szczerze mówiąc. Tym razem więc już nie nastawiałem się na nic i… przynajmniej nie byłem rozczarowany. Kurwa, no nie przekonali mnie ponownie panowie z Breslau. Może ja ich po prostu muszę wyłącznie słuchać w domu? No nie wiem, jak dla mnie to po prostu był gig bez tak zwanej historii, dodajcie do tego słabe brzmienie i macie już pana Oracle przy barze w połowie setu jakoś. Sorry…

No i ostatnia kapela tego dnia. Który to już raz przyszło mi opisywać gig Infernal War? Bodaj trzeci. Widzę ich zaś już piąty raz na żywo. I co? I akurat ich mogę oglądać non stop. Prawdziwa pieprzona machina koncertowa, sunąca po gawiedzi pod sceną niczym pancerna dywizja. Przeprowadzili dechrystianizację za pomocą parabellum, przelali brudną krew Jezusa, zmiażdżyli też jego plemię. Do tego dorzucili też kawałki z nowej epki, która morduje równie sprawnie, co wcześniejsze płyty. Zespół odgrywał materiał z morderczą precyzją, a że mam do ich muzyki słabość, nie było innego wyjścia, trzeba było wbić się w młyn, hehe. Obrażenia były oczywiste, obeszło się na szczęście tym razem bez podbitych oczu, więc nie musiałem po koncercie drżeć o swą posadę, hehe. A co do Infernal War – pomimo tego, że to już któryś raz z rzędu oglądałem ich show, nie zauważam nawet najmniejszych symptomów znudzenia tą kapelą.

Infernal War było ostatnią kapelą tej nocy, pora więc na szybkie podsumowanie. Cały koncert położyło moim zdaniem brzmienie, bo impreza niechybnie byłaby o wiele lepsza, gdyby nie ten mankament. No ale pewnie była t pochodna zmiany klubu, która miała miejsce w ostatnim momencie. Ważne jednak, że organizator stanął na wysokości zadania i Annihilation Tour 2009 w ogóle się odbyło. Czekam na następną edycję trasy, w lepszym klubie.

Autor

11070 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

  • na krakowskim gigu nie grało pleroms gate ale chyba silva nigra czy coś takiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *