Gdy na początku roku ominął mnie gig z Animą Damntą byłem niepocieszony. Okazja do nadrobienia jednak nadeszła, gdy The Goats Club ogłosiło, że we Wrocławiu odbędą się tańce, hulanki i swawole, gdzie głównym niszczycielem będzie Anima Damnta, a że supporty wywoływały na twarzy uśmiech zadowolenia, wiedziałem, że stawiennictwo tam mej persony będzie pewne.

Organizowanie gigu w sobotę to był strzał w dziesiątkę bo akurat człowiek zdąży w niedzielę dojść do siebie, jak i nie musi gnać z pracy, z wywalonym jęzorem, gdyby to był piątek. Onego dnia we Wrocławiu stawiłem się nieco wcześniej, zaś o 18.45 już czekałem pod Liverpoolem. Otwarcie bram miało nastąpić równo o 19, jako że jednak wszystko to zaczęło się przeciągać z bdb znajomymi od serca uderzyliśmy do pubu obok. Z tego miejsca pragnę polecić czytelnikom Kejosa tenże lokal, położony tuż obok Liverpoolu, albowiem ten zajebisty, ciemny stout jaki tam dostałem wart był tych 12 zł, a smak nokautował niczym Mike Tyson u szczytu swej formy.

W końcu jednak otwarcie się dokonało i można było odebrać wejściówki oraz zaklepać miejsce w klubie. W międzyczasie obadałem zacnie wyposażone stanowisko z merchem, z którego to wyszarpałem kilka ciekawych zdobyczy (w tym wykurwistą koszulkę Animy Damnaty). Jeszcze szybkie dwa piwa i już na scenę wjeżdżało UR. Rola otwieracza koncertowego zazwyczaj jest dość niewdzięczna, ale band Gregora wywiązał się zacnie z tej roli. UR lubię i cenię, a ich zeszłoroczna EPka „Hail Death” robiła mi całkiem dobrze, dlatego możliwość zobaczenia ich przyjąłem dość entuzjastycznie. Ze sceny popłynęła cała EPka, wałek „Total Inertia” na żywo był w pytę, zaś jako smakowity bonus dorzucono kawałek z nadchodzącej płyty, zatytułowany bodajże „Big Pest”. Trzeba przyznać, że jak na otwieracz trochę narodu przylazło pod scenę i wyraziło swoje zainteresowanie, co można uznać, za sukces.

Gdy UR zakończyło sceniczne popisy udaliśmy się z bdb kolegą na szybki fajek (albo dwa) oraz piwko, by wrócić w pośpiechu na Moloch Letalis, i o ja pierdolę… jaki to był potężny strzał w pysk. Brudny, nienawistny, wkurwiony czarny metal śmierci wyrażający dogłębną pogardę dla wszystkiego w życiu. Napierdalałem łbem jak szalony zaś tercet z Wrześni szerzył bluźnierstwa wyrzygiwane przez Panzerfausta, którego dzielnie wspierał Kostuch zaś całość podtrzymywał młócący niemiłosiernie bębny Diabolizer. Efekt dosłownie rozrywał na kawałki i aż wstyd się robiło, że nikt nie chciał potańcować, ale cóż… Wrocław. Z kawałków wyłapałem tylko, że pluto na wszelkie świętości w formie „Skrzydeł Śmierci” jak i „Zimnej Egzekucji”. Zbyt zajęty byłem intensywnym przeżywaniem tego, co płynęło ze sceny. Podzielić tutaj należy opinię bdb kolegi, który po wszystkim stwierdził, że jak na kapelę, która młóci w języku Piasta Kołodzieja, nie ma w tym ani krztyny chujozy, tylko czysta zajebistość.

Po tak intensywnych doznaniach zimne piwo było wprost wskazane, dla pokrzepienia popite wiśniową Soplicą, po czym udałem się na ćmika oraz pogaduchy, z których wyrwały nas dźwięki wielkopolskiego Mordhell. Przyznaję, wcześniej coś tam, gdzieś o uszy mi się obiło ale jakoś nie miałem czasu osłuchać tego więcej, a to był błąd. Odziani w skóry, często gęsto ponabijane gwoździami bluźniercy z Poznania bezlitośnie pokazali publice jak wygląda czysta perwersja, której to opisy soniczne wykrzykiwał odziany w gustowną, skórzaną maskę Defekator. Publika mogła zostać zeszmacona, poniżona, a następnie skierowana do tresury w terenie i w większym gronie, przy szlagierach pokroju „Bloody Fucker of Maria The Whore”, „Smell of Burning Skin”,”Nunfucker” „Alkoholic Titfuckblast”, „Hangman”, „Fucking Christian Whore”. A było to dobre, ba! Zajebiście dobre, a choć młyna wciąż nie było, to sala była pełna, zaś intensywny headbanging pod sceną potwierdzał, że Mordhell całkowicie wychłostał publikę, niczym ojczym pasierba. Jedyny mój zarzut byłby taki, że cały występ minął skandalicznie szybko, ale przynajmniej przed headlinerem człowiek zdążył się napić oraz kupić, co nieco w merchu.

A potem gazem pod scenę, bo oto wkroczyli tam ci, na których wszyscy czekali, wrocławscy piewcy nienawiści, żywa legenda sceny, spersonifikowany, nuklearny death metal… Anima Damnata. I wtedy dopiero wszyscy poczuli, co to wpierdol, bo hord pod wodzą Necrosodoma zdewastował klub w drobny mak wieszcząc chwałę Rogatemu, a jak Apocalyptic Profanator of the Holy Laws, The Supreme Ruler of Abominations dowalał solówki to aż szczęka opadała. Pozornie niby chaos ale obserwowanie dodatkowo popisów tegoż utwierdzało w przekonaniu, że sam szatan prowadził te cuda. Z tyłu zaś nakurwiał okrutnie na bębnach Master of depraved dreaming and Emperor of the Black Abyss the Great Lord Hziulquoigmzhah Cxaxukluth odziany w gustowną maskę bdsm i sutannę, dodatkowego ciężaru dodawał świetny bas w osobie The Mighty Initiatior of Barbarous Rituals, Herald of Heathen Fire zwanego również Killerem (tego wieczoru w lanserskich, ciemnych patrzałkach). Hasło Shit Sex Satan zdominowało publikę tego wieczoru, zaś wśród hymnów wyłapałem „Nuclear Lucifer”, „Prometheus Coprophagus”, a także ze tegorocznej świeżynki „Through Abomination till Ecstasy”. To ostatnie oddaje atmosferę występu idealnie, zaś sama ekstaza osiągnęła apogeum, gdy ze sceny poleciała „Ciasna Pizda Maryi” oraz „Celebracja Ascezy”. A i rozpoczęły się w końcu tańce, gdzie można było dać upust swej radości poprzez zadanie bliźniemu obrażeń. Jako, że finis coronant opus, to wisienką na torcie był cover Beherita „The Gates of Nanna”.

Po zakończeniu gigu pozostało tylko powoli otrząsać się z fekaliów i bluźnierstwa, uprzątnąć pomordowanych, a następnie ewakuować się z klubu. Jako, że pociąg był dopiero około czwartej nad ranem, zadekowaliśmy się w najbliższym KFC zapijając strawę dla ciała piwem. Jeśli już miałbym się jednak do czegoś przyczepić: mało. Mało narodu jak na tak naprawdę czarny, bluźnierczy koncert przyszło. Klub powinien być nabity, a pod sceną winna być wojna ale cóż. Może kolejne gigi wypadną lepiej pod kątem frekwencji.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam…to nie był dobry koncert. To był istny, szatański rozpierdol, na którą grzech był się nie stawić. Goats Club zasługuje na wielkie hailsy za zorganizowanie tak zajebistej sztuki i oby więcej takich!