Angelcorpse, Stillborn, Voidhanger, Ragehammer; Klub Żaczek, Kraków; 30.10.2016

ac

Proszę ja Was, co to był za koncert! Szkoda, że Państwo tego nie widzieli. Angelcorpse zawitał po ośmiu latach do Polski, więc naprawdę nie mogło tego dnia nas zabraknąć w Krakowie. Nie chwaląc się zresztą (taa… jasne) o całym gigu miałem przyjemność dowiedzieć się zanim gruchnęło oficjalne info, a pamiętam jak dziś, że wraz z organizatorem Mintajem przed koncertem Destroyer666 badaliśmy reakcję „randomowych kuców” na info o tym evencie i każdy z nich mówił coś w rodzaju „łooo kurwa”. Ano – ło kurwa!

Akurat ekipa duetu Palubicki & Helmkamp to jeden z moich ulubionych zespołów i jeden z pierwszych prawdziwie ekstremalnych kapel poznanych przeze mnie. Nie mogło mnie zabraknąć w Krakowie, no nie mogło. Z podobnego założenia wyszedł Pathologist i exkolega redakcyjny Il Principe, w trzech więc wyjechaliśmy w niedzielę do Krakowa. Ustaliliśmy z Pathologistem, że trzeba trzymać fason, więc dużo spożywania nie będzie po drodze… i powiem tak – dużo nie było, ale woltaż był znakomity, gdyż redaktor wziął swoje domowe smakołyki o dobrej mocy rażenia. Kejosówka wchodziła idealnie, doprawiona całkiem smacznym porterem. Po dojechaniu na miejsce destynacji stwierdziliśmy, że jeszcze pasuje coś zjeść, szczęśliwie niedaleko Klubu Żaczek rozbite są foodtracki, więc spałaszowaliśmy co nie co i dziarskim krokiem udali pod Klub.

Pod Żaczkiem zaś już powoli rozkwitało życie towarzyskie, nie obyło się więc bez pierwszych uścisków dłoni ze szlachetnymi personami, BDB kolegami, wszechpotężnymi Wydawcami i oczywiście członkami mitycznej Loży, hehe… Poplątawszy się tu i tam, wskoczyliśmy do środeczka, ciepłego, pełnego merchu najprzeróżniejszego, zakupili sobie co nasze, zaś zakup przypieczętowaliśmy piwkiem (czy jeszcze kogoś dziwi moje zamiłowanie do Białego Żywca?). Jako, że organizator obiecał mi odpytanie chłopaków z Angelcorpse chodziłem cały w nerwach, bo nie nawykłem do przebywania w towarzystwie takich person i indagowania ich na żywca. I tak w oczekiwaniu rozpoczął się ten koncert.

Pierwsi do bicia – Ragehammer. W czasie gdy reprezentanci lokalnego metalu spod znaku doktryny młota zaczęli koncert klub dopiero powoli się zapełniał, przez co pod sceną nie było jeszcze wielu osób, a te które były jeszcze chyba nie były bardzo skore do zabawy. Tym… ups, Hellstorm musiał ich słownie napominać, żeby ruszyli dupy i jakoś faktycznie po trzecim kawałku coś się zaczęło. W międzyczasie nie wiadomo skąd przed klubem ustawiła się kolejka, w której wszyscy stali pięknie, gęsiego. Wiadomo, kto sprawdzał bilety, więc nie mogło być bałaganu! Ale odnotowałem pewne niedociągnięcie, mianowicie – sala w Żaczku w której odbywał się koncert znajdowała się na parterze, zaś okna były pozaciągane kotarami. O zgrozo, niektóre kotary były rozsunięte, przez co co cwańsi adepci metalu mogli podglądać co dzieje się w środku nie płacąc za wejściówkę… A wewnątrz działo się sporo, bo jak wiadomo jak już Ragehammer rozpocznie wojnę totalną to nie ma lekko. Zwierz sceniczny z tej komandy i tyle, częstując zgromadzonych razami na dupę w postaci numerów z debiutanckiej płyty oraz EPki. Oczywiście konferansjerka nie pozostawała wiele do życzenia, Tymek wie, jak zniszczyć człowieka również słownie, hehe… Pół godziny dobrego rozpierdolu!

W międzyczasie do Kejosowej dwójki dołączyła ładniejsza część redakcji w postaci Boskiej i w takim towarzystwie oczekiwaliśmy na kolejny występ tegoż wieczoru, w międzyczasie witając się z kolejnymi znajomymi przybywającymi do klubu z najodleglejszych miejsc tego smutnego jak pizda kraju (Hailz dla Szczecina!). W międzyczasie oczekiwaliśmy na start recitalu Voidhanger, którego jednakże prawie w ogóle nie widziałem, gdyż ponieważ udałem się odpytywać Angelcorpse, co zajęło mi mniej więcej tyle czasu, ile trwał koncert twórców „Working Class Misantrophy”.

Kolejni, przedostatni w rozpisce, Mielczanie ze Stillborn przyjechali pokazać nam, jak się kurwa gra death metal. Noo, tutaj już nie omieszkałem iść w tany. Pamiętam ich występy z dziesięć lat temu i jak sobie je porównam – kurwa, oni robią się coraz bardziej dzicy, z każdym kolejnym rokiem na karku. Stillborn dość mocno skupił się na kawałkach z ostatniego, najlepszego w ich dyskografii, albumu „Testimonio de Bautismo”, ale i coś chyba starszego też poszło. Problemem było brzmienie, o ile wcześniej nie było tragedii to jakoś od koncertu Stillborn zaczęło coś szwankować. Przy ich koncercie wszedłem sobie już w młyn, bo przecież nie ma nic lepszego, niż dobra, przyjacielska napierdalanka. Z tego też powodu bardziej niż na dziennikarskim… przepraszam, karawaniarski obowiązku notowania setlisty skupiłem się na innych czynnościach, niemniej jednak występ Diabłów z Południa uważam za udany.

Szybko zleciał tenże set, a jako, że oczekiwanie na gwiazdę wieczoru (choć słowo gwiazda ni chuja tu nie pasuje, bo strasznie równe z nich typy) nam się przedłużał, zaczęła się okupacja baru. I jest dla mnie i dla Pathologista tajemnicą, skąd pojawił się dość szybko stan upojenia alkoholowego – w sumie dużo pite nie było. Może to świeże, krakowskie powietrze zmieszane z dawką siarczanów unoszących się nad sceną po koncercie Stillborn? Nie wiadomo.

No i się zaczęło proszę Państwa. Piekielna maszyna pod nazwą Angelcorpse wkroczyła na deski, aby zniszczyć publikę zebraną w Krakowie. Zdziwiłem się tylko, że nie mieli swojego banneru i występowali na tle logo Stillborn, hehe… Nie ważne jednak, bo kto się przejmuje pierdołami. No przyznam, czekałem na ten koncert z niecierpliwością, jak więc zaczęli to ruszyłem pod scenę. Deski Żaczka nie są zbyt duże, bez trudu więc zmieściły się na nich trzy persony. Ja nie wiem, jak oni to robią, ale gdy Angelcorpse jest na scenie, bije z niej jebana supremcja. Helmkamp ma taką pieprzoną charyzmę, pewnie jakby powiedział ze sceny „zarżnij kolegę po lewej” podłoga Klubu pokryła by się trupami. A było już nabite w Żaczku, szczęśliwie wbrew obawom nie było ani duszno, ani ścisku nie odnotowano. Dobra, tyle o tym, przecież właśnie napierdala Angelcorpse. Jestem nieobiektywny i każdy ich numer jest dla mnie niszczycielem. Problemem było jedynie brzmienie, czasem tak się cholernie to zlewało, ze trudno było poznac, co aktualnie grają. Ale jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to usłyszeliśmy między innymi „Black Solistice”, „Sons of Vengeance”, „Phallelujah”, „Lord of the Funeral Pyre”… Istna dzicz. Aplauz zgromadzonych wzbudził Palubicki, prezentujący się w t-shircie Imperator. Szacuneczek. W trzech stworzyli istną maszynę do mordowania, oddzielania skóry od kości z bestialwstwem w oczach. Dziki wokal Pete’a jest nie do pomylenia z żadnym innym, a plusem tego było to, że chwilami dany numer łatwiej było poznać po tekście, niż po muzyce. Ja nie wiem, co ten dźwiękowiec…

Ale Angelcorpse nie było tak prosto zatrzymać, oj nie. Dobili publiczność za pomocą „Wolflust” (ten riff to jest kurwa jeden na milion!) oraz „Christhammer”). Maniacy jeszcze dość długo skandowali nazwę kapeli. Na próżno – Angelcorpse dokonał dzieła zniszczenia i zszedł z desek klubu Żaczek. Kto mógł się stawić, a odpuścił – niech żałuje.

Po gigu nie tak łatwo było zawlec dupy do samochodu, wiadomo, pożegnać się, pozbierać zwłoki i tak dalej – a i tak dopiero potem uświadomiłem sobie, że jeszcze tylu mordkom nie powiedziałem „Hailz!” na dobranoc… Cóż, kolejnym razem będzie okazja. Szczęśliwie od dłuższego czasu nie muszę prowadzić, więc posnąłem na przednim siedzeniu snem sprawiedliwego. Potem w domu trzy godzinki snu i o szóstej rano grzecznie do pracy. Takie to fascynujące życie redaktora Chaos Vault.

Autor

10093 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *