Są takie kapele heavy metalowe, które niby nie zapełniają stadionów, a człowiek mimo to jara się nimi bardziej niż takim Scream Maker czy Nocnym Kochankiem. Na przykład taki Angel Witch. Jak tylko usłyszałem, że ta kapela zjawi się w Polsce to aż strzeliłem obcasami z radości. Ale po kolei.

Okazuje się, że legenda legendą, kult kultem, ale do podarcia ryja przy dźwiękach kapeli Kevina w Rzeszowie znalazło się dziesięcioro chętnych. No ale ostatecznie ogarnęliśmy wyjazd i niemal punktualnie (pół godziny to przecież nie obsuwa) trzydzieści cztery minuty po dwunastej wyruszyliśmy w kierunku Łodzi. Podróż przebiegała spokojnie, dywagując nad rzeczami różnymi, z kilkoma postojami aby uzupełnić braki w napojach lub usunąć nadmiar moczu, ewentualnie jebnąć selfika z wycieczką Grażyn – dla każdego coś miłego. Do Łodzi jednak przyjechaliśmy niemal na styk, przez co ominęła mnie nalewka porzeczkowa przygotowana przez lubą Łysego (a może przez Łysego?). Ustawiliśmy się więc w kolejce do klubu i grzecznie poczekali na swoją kolej.

Magnetofon, w którym to odbywała się cała impreza to bardzo fajne miejsce muszę stwierdzić. Przestronne, o optymalnej wielkości, a do tego z fajnie usadowionym barem (stoisz, pijesz kielonki i wszystko widzisz co dzieje się na scenie). Akurat jak wbiłem do środka to na scenie produkował się Gallower. Fajnie chłopaki grają, choć słyszałem tylko trzy ostatnie numery, w tym cover Sodom, do którego wokalista ubrał sobie czerwony kapturek Kata z okładki „In the Sign of Evil”. Ogólnie kapela fajnie się prezentuje na scenie, czuje ducha lat osiemdziesiątych, choć dam sobie chuja uciąć, że ich pesele zaczynają się od dziewiątki. Niemniej jednak nie ma to znaczenia, bo muzykę grają fajną.

W przerwie udałem się jeszcze pod bar, gdzie miłe kelnerki lały całkiem niezłe piwko i niezgorszą wódeczkę, więc dogadzaliśmy sobie z Łysym tym i owym, czekając na rozwój sytuacji. W międzyczasie śmignęło mi sporo znajomych, niektórych widziałem po raz pierwszy w życiu na oczy, mimo dłuższej lub krótszej znajomości 0 tym samym zadając kłam stwierdzeniu, że internet zabija ducha Podziemia. Ale akurat zaczął się jakiś ruch na scenie, więc udaliśmy się pod barierki.

Drugą kapelą był zespół, który osobiście strasznie lubię i który ostatnimi czasy zyskał u nas cholerną popularność. I zasłużenie moim zdaniem, bo ich black metal nawiązujący do pierwszej fali black metalu jest bardzo dobry. Panowie zaczęłi numerami z debiutanckiej płyty, przedstawiając się ładnie, że są ze Słowacji i przyjechali do nas grać swoje pieśniczki. Właśnie… Nie rzucę Wam nazwami, bo ja po prostu nie mam głowy do ich długich tytułów w języku słowackim. Ale generalanie po dwóch czy trzech kawałkach z debiutu przeszli do numerów, z drugiej, nie wydanej jeszcze płyty. Muzycznie są osadzeni głęboko w pierwszej fali, czerpiąc garściami z takich kapel jak Tormentor, Root, czy nawet nasz Kat. Kwartet może nie był mega ruchomy, ale i nie stali jak kołki. Na przykład bardzo często sięgali po czerwone wino prosto z butli (a jak ja tak piję to mi moja mówi, żem żul). No i mieli fajne, duże okulary, a jak wiadomo – big sunglasses = cool band. Stara prawda i tym razem znalazła pokrycie w rzeczywistości, bo Malokarpatan strzelił świetne show (szkoda tylko że nie przywieźli swojego merchu, bo chętnie zakupiłbym ich krążki).

Po Malokarpatan piweczko, spacerek po klubie, a potem z powrotem bliżej sceny, a konkretnie pod bar, aby stamtąd obserwować koncert Irlandczyków z Vircolac. Tu już była trochę inna stylistyka grania, panowie opierali się o numery z „The Cursed Travails of Demeter”, czyli zeszłorocznej EPki, ale poszło też świetne „Confessio” z demówki. Kapela skąpana w zielonym świetle raziła ze sceny swoim death metalem z lekko blackowym feelingiem. I o ile z płyt podobali mi się, o tyle na żywca wypadli naprawdę świetnie. Potężne gitary z wokalistą, który sprawiał dość obłąkane wrażenie, raz bezlitośnie moshując, kiedy indziej napierdalając statywem z mikrofonem. O ile podczas koncertu Gallower najwięcej czuć było gwoździ, przy Malokarpatan bimbru z diablą sierścią, o tyle przy Vircolac w powietrzu unosił się zapach siarki i śmierci. Irlandczycy w mojej opinii rozjebali publikę tego wieczoru a i innym chyba również się podobało – tak bardzo, że chyba ktoś chciał przytrzymać chłopaków w Polsce na dłużej, gdyż jednemu z muzyków zajebano kurtkę z paszportem, heh…

Po Vircolac pozostało już tylko oczekiwanie na jedno, czyli na Angel Witch. No cóż, wiadomo, żę oczekiwanie na nich każdemu się dłużyło, a może to tylko złudzenie…? Nieważne…Wszystko stało się nieważne, gdy w którymś momencie zgasło światło i za sceną ukazał się znany i lubiany Bafomet. Po chwili na scenę wszedł Kevin Heybourne i reszta kapeli i usłyszeliśmy pierwsze dźwięki „Gorgon”. Ależ to była moc! Kapela zabrzmiała świetnie, wokal pomimo niemal czterdziestu lat na scenie cały czas jak z debiutu. Pod sceną zrobiło się naprawdę żywo, choć kurwa rozkręcanie moshu i młynu to przy NWOBHM moim zdaniem przesada – to nie jest aż tak brutalna i agresywna muzyka, no ale skoro niektórzy lubią… No nic, jebać – bo kolejne weszły „Confused”, oraz bodajże „Into the Dark” (ale tu nie dam sobie głowy uciąć, bo strasznie zaczęło szwankować brzmienie). Szczęśliwie na wysokości „Atlantis” wszystko się poprawiło – choć wokalista nie ma już dwudziestukilku lat i jednak darował sobie wyciąganie w górę przy refrenach. Mimo to naprawdę jest w doskonałej formie. Kapela oczywiście głównie skupiła się na genialnym debiucie, ale nie zabrakło też zarówno strzałów starszych (tak kurwa, tak – poleciał „Baphomet”!), jak i nowszych, choćby w postaci nieźle odegranego „Dead Sea Scrolls”. W zasadzie wszystko zabrzmiało świetnie, a gdy człowiek słyszał takie klasyki jak „White Witch” nie mógł się oprzeć, by nie drzeć ryja. A jak kapela zwolniła przy takim „The Night is Calling” to spokojnie obserwować i napawać uszy i serce. Po „Angel of Death” połączonym z wspomnianym już „Baphomet” nadszedł czas na finał, a ten mógł być tylko jeden! Oczywiście „Angel Witch” – i czekałem na to kurwa od 18 lat, gdy pierwszy raz usłyszałem ten numer w Radio Kraków. Genialnie, publika oszalała, refren śpiewali chyba wszyscy. Po nim kapela zeszła ze sceny przy skandowaniu nazwy i puszczonego z głośników „Wizard” Sabbathów.

No i tak, koncert dobiegł końca, a my spakowaliśmy się w podróż powrotną do Rzeszowa. Polecę frazesem, ale takie koncerty jak ten to esencja metalu. Niby każda kapela z innej półki gatunkowej, a jednak wszystkie totalnie oddane sprawie i robiące to co potrafią najlepiej jak się da. Dla mnie – najlepszy koncert w tym roku i jeden z lepszych w życiu.

Za zdjęcia dziękuję Alicji, foty wykonane wysokiej klasy tosterem z opcją sokowirówki. 🙂