Acid Drinkers, Madvision, Silent Jester; Rzeszów, Klub Pod Palmą, 22.04.2016

ad rzeNoo, pewnie się zdziwicie, że taki trochę mainstream na Chaos Vaut zawitał, ale kilka osób wie, a inne może jeszcze się dowiedzą dopiero teraz, że ja  niżej podpisany Acid Drinkers od zawsze darzę sympatią i słucham ich od bardzo dawna – w zasadzie byli jednym z pierwszych zespołów, których słuchałem, jeszcze w tak zwanym nauczaniu początkowym. A  razem ze mną zaczął ich słuchać mój przyjaciel od małego. A że chłopak zmienia wkrótce stan cywilny to tak sobie wykoncypowałem, że go ściągnę podstępem do Rzeszowa i wbijemy w ramach męskiego wyjścia w miasto na gig Acidów w rzeszowskim Klubie Pod Palmą.

Konrad, bo o nim mowa, wbił do Rzeszowa, więc wzięliśmy se po browarku, wparowaliśmy w taksę i ruszyliśmy do Klubu. Jemu powiedziałem, że wbijamy na imprezę  na akademiki, co kłamstwem do końca nie było, bo klub Pod Palmą rzeczywiście mieści się w akademikach Uniwerku. No, myślę, że się chłopina ucieszył i nie rozczarował, że zamiast studentek będzie obcował z Titusem i resztą. I tak to się zaczęło.

Gdy wbiliśmy do klubu na scenie produkował się już zespół Silent Jester produkował się w pocie czoła. Klub Pod Palmą się nie zmienił od mojej ostatniej bytności tam… a minęło już chyba z dwa, trzy lata.W każdym razie poszliśmy po piwko i stanęliśmy w okolicach baru, żeby było wszystko dobrze widać. No powiem tak… moim zdaniem Acid Drinkers jakoś nie dobierało sobie nigdy świetnych suportów, a przynajmniej mi nigdy się taka muzyka nie podobała. Metalcore czy modern metal, czy jak to zwał – nie miało to dla mnie w ogóle mocy, raczej mnie wynudzili, Konrada też. Spowodowało to tylko większe pragnienie, musieliśmy się więc ratować piwkiem. Szczęśliwie Silent Jester nie zabawił długo na scenie i dość szybko się ewakuowali. Sorry panowie, nie ten recenzent Wam się trafił.

Piweczko przy barze, do tego wódeczka i dywagacje egzystencjalne i jakoś upłynął czas do kolejnego suportu. W międzyczasie odwiedziliśmy kibel – jednak jest zmiana, bo w kiblach obili drzwi blachą, w końcu się nauczyli, hehe… Tylekroć chuligani zrobili tam kuku, że w końcu stwierdzili w Klubie, iż wolą dołożyć blachę i mieć święty spokój. No dobra, na scenę weszło Madvision. Nie słyszałem ich wcześniej, ale mniej więcej wiedziałem nawet po samym imadżu scenicznym (lub jego braku), czego można się spodziewać. Zasadniczo, było podobnie jak w przypadku poprzedników. Nowoczesny metal z core’owym rozbujaniem. Ponownie nie trafili w mój gust, ale przyznam, że zabrzmieli ciężej i dosadniej – po prostu trochę lepiej. Choć nie rzuciłem się w tany, niemniej jednak coś tam się pod sceną zaczęło dziać. W ogóle – spektrum wiekowe było naprawdę szerokie, od dwóch na oko sześcio – siedmioletnich brzdąców po kilku typów grubo po pięćdziesiątce, którzy bawili się jak za swoich szczenięcych lat. Kapela podeszła zresztą do publiki dość na luzie, rzucali ze sceny „pozdrówki dla ziomeczków” i tak dalej. Ja tam nie wiem, ja jestem przyzwyczajony do rzucania ze sceny kurwami, plucia krwią czy innymi takimi rzeczami, więc miłe słowo ze sceny wprowadziło mnie w lekkie osłupienie, hehe…  Na sam koniec panowie zagrali cover, ale szczerze mówiąc chuj wi co to było. Kilku(nastu?) osobom jednak się podobało, więc chyba źle nie było. Ja tam nie płakałem, jak zeszli z desek, bo prawda jest taka, że to na Acid Drinkers się tu stawiliśmy. W międzyczasie rzuciłem okiem na koszulki na merchu, ale przyznam, że nic mnie nie zaciekawiło. Jakby zrobili jeszcze raz motyw z którąś z pierwszych czterech – pięciu płyt, to bym się zastanawiał.

Acidzi w sumie rozstawili się sprawnie, ale i my sprawnie uwinęliśmy się z kolejnymi dwudziestkami wódeczki, humory były więc przednie. No ale w końcu zaczęło się, przy charakterystycznym intro czterech Kwasożłopów weszło na scenę i zaczęły się tany. Zaczęli chyba od „Fuel for my Soul”, całkiem spoko, ale ja wybrałbym coś innego, heh… Potem jeszcze jeden strzał i już się zdecydowanie poprawiło – numer ze „Strip Tease”. Kurwa, naprawdę się cieszę, że Acidzi zdecydowali się na sporo starych numerów, do tego nie tak oczywistych… Ok, to przyznam, że kumulacja alkoholu i wspomnień ze szkoły podstawowej dały o sobie znać, ochoczo poszedłem więc poprzepychać kuców pod sceną. A przyznam, że jakoś wiele osób nie było, przynajmniej w porównaniu do wcześniejszych koncertów Poznaniaków, które dane było mi widzieć – w klubie było może ze sto osób. Cóż, jednak cena robi swoje i może jakby ciut lepsze suporty się pojawiły, zrobiłoby się tłoczniej. Ale tyle dygresji, bo Titus odziany w koszulkę Saxon (pamiętam, że parę lat temu też w niej wystąpił właśnie w Rzeszowie) zapowiedział „Whole Lotta Rosie”. No i fajnie. Co jeszcze poszło? Ze staroci (za staroć przyjmuję cezurę przypadającą na „The State of Mind Report” usłyszeliśmy między innymi „Kamikaze Club”, „Street Rockin’”, „Marian is a Metal Guru” (kurwa, uwielbiam!), „Slow and Stoned” i „The Joker”, przy którym trochę się wyżyłem pod sceną. Nowsze numery z takich płyt jak „High Proof Cosmic Milk” czy „Acidofilia” mnie z kolei w ogóle nie obejszły. Ok, napisałem co grali, ale może jednak trochę o muzyce? No zabrzmieli naprawdę doskonale, na zajebistym luzie – tak jak powinni zabrzmieć Acid Drinkers. Wiadomo, ich się albo bardzo lubi albo bardzo nie lubi (a już któraś osoba mi mówi, że nie lubi ich przez wokal pana Pukackiego), no ale u mnie jest to chyba nieuleczalne zauroczenie. Bawiłem się więc przednio, Acid Drinkers i alkohol to naprawdę fajna mieszanka. A Konrad nawet zgubił w ferworze zmieniającej się akcji berecik, który – ot, paradoks – na następny dzień okazał się bardzo ciasny, if You know what I mean. No, ale niestety, wszystko co dobre szybko się kończy, i po godzince z hakiem Acid Drinkers kończyło swój występ… Na koniec usłyszeliśmy „Always Look on the Bright Side of Life’, ot miły akcent na finisz. Po tak udanym koncercie udaliśmy się więc pić dalej alkohol, gdyż noc była młoda i piękna, trafiliśmy jednak na jakąś dziurę czasoprzestrzenną i bardzo długo zastanawialiśmy się rano z Konradem, jak dostaliśmy się do domu… Ale to już będzie historia dla naszych wnuków.

Ok, nie żałuję, że się wbiłem na ten gig, bo Acid Drinkers ciała nie dają – a wręcz przeciwnie. Konrad też wyglądał na zadowolonego, zwłaszcza że ów gig był preludium do całoweekendowego (powiedzmy) oddawania chwały Bachusowi.

 

Autor

10086 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *