originTen rok obfituje w lepsze bądź gorsze koncerty. Są takie, które składem urywają łeb, a są i takie w połowie interesujące. I właśnie tak miałem z tym gigiem. Na jednej scenie Aborted, Origin, Exhumed i Miasmal. Z czego: Aborted: coś słyszałem, ale nie jestem fanem, Origin: uwielbiam, Exhumed: lubię, Miasmal: nie znam. Tak to się mniej więcej klarowało przed koncertem a jak wrażenia po koncercie? To za chwile hehe.

 

Za cholerę nie chciało mi się ruszać dupy do Krakowa w niedzielę. Zimno, ciemno. Weekend miałem dość intensywny, więc myślałem raczej o odespaniu niż o kolejnym wyjeździe. Origin gra jednak pierwszy w historii koncert w Polsce wiec pasuje być. Wsiadłem więc do busa, otworzyłem browara i za chwilę byłem w Krakowie. Do klubu droga niedaleka, można się udać spacerkiem więc i ja tak zrobiłem. Godzina rozpoczęcia imprezy wczesna, należało się zatem pospieszyć i pod klubem starczyło czasu jedynie na fajeczkę.

 

Gdy wszedłem do środka zdążyłem się tylko odlać i już na scenie zaczęli produkować się Szwedzi z Miasmal. Nic nie wiedziałem o tej kapeli, ale oczywiście zobaczyć musiałem. Zamówiłem jeszcze piwko i poszedłem pod scenę. Od razu rzucił mi się w oczy basista, który wyglądał jakby przed chwilą, w maszynie czasu, przyleciał z lat 80-tych heheh. Fryzura „krótko z przodu, długo z tyłu” oraz figlarny wąsik dodawały iście oldschoolowej prezencji całej kapeli hehe. Wokalista prezentował się za to jak Max Cavalera. A co do muzyki… Jak dla mnie ok, ale zabrakło trochę „życia”. Występ bardzo statyczny, co nijak się ma do muzyki granej przez Miasmal. Brakło mi trochę rock’n’rolla w tym wszystkim. Publiki też nie porwali. No może z wyjątkiem jednego gościa znanego dobrze bywalcom krakowskich koncertów hehe. Mimo, że Miasmal miało na zaprezentowanie się jedynie 25 minut to w tym czasie zdążyli zainteresować mnie swoją muzyką i zapewne zapoznam się kiedyś z ich dorobkiem płytowym. Choć, kiedy to będzie to nie jestem w stanie powiedzieć hehe. Szwedzi zeszli ze sceny dokładnie o 18.55. Jak Knockout organizuje koncerty to nie ma miejsca na spóźnienia. Według ich rozpiski można zegarki regulować hehe. Wiedziałem, że mam jakieś 15 minut więc poszedłem po piwo i zapalić. To był moment, w którym do knajpy zaczęli wbijać ludzie większą falą. Lokal zaczynał się powoli napełniać i już wiedziałem, że frekwencja nie będzie zła. Minusem była kolejka po piwko, ale idzie przeżyć hehe.

 

I tak jak napisałem wcześniej: fajeczka i na scenę wchodzi Exhumed. Lubię tych wariatów, ale ich muzyka nie ma w sobie za grosz oryginalności. Goście grają fajny death/grind, jaki lubię i to się dla mnie liczy. Ma być wesoło i było. Muzycznie to wiadomo mniej więcej co grają, ale na tym koncercie równie ważne było to, co działo się w temacie, że tak powiem, teatralnym hehe. Oprócz grindowego mielenia mięsa na gitarach, bulgotów, pisków i świniaków widzowie mogli podziwiać gościa przebranego za chirurga, który najpierw wypadł na scenę z piłą mechaniczną, a potem jeszcze raz powtórzył ten manewr. Gdy po raz kolejny ten jegomość pojawił się na scenie dzierżył w dłoniach sznur kiełbas, którym zaczął dusić basistę. Ten upadł i udawał martwego. Ale oczywiście ten lekarz nie był amatorem i wiedział jak człowieka z irokezem do życia przywrócić. Przyniósł na scenę alkoholowe bongo zrobione z czaszki i rury w kształcie kręgosłupa i za jego pomocą wlewał do gardła „poszkodowanego” złocisty napój. Skończyło się to spektakularnym pawiem hehe. Ale to jeszcze nie koniec, bo nasz doktor pojawił się jeszcze raz. Pod koniec wypadł na scenę i zaczął majstrować przy mikrofalówce (też mieli taki gadżet hehe) wyciągnął z niej tryskającą krwią głowę niewiasty (albo jakiegoś zniewieściałego kuca, któremu się pojebało i myślał, że dziś w „Fabryce” gra Sabaton).  Krew doktor sobie wylewał na łeb, a następnie chciał wykonać stage diving. Pech chciał, że pod sceną ludzi jak na lekarstwo. Na szczęście nie skończyło się to zbieraniem zębów po posadzce, bo znalazło się kilku rosłych chłopów, na których doktor wylądował. I tak skończył się ten gig. Więcej tu było performansu artystycznego niż muzyki hehe. Koncert jednak udany. Zagrali przekrojowo, skocznie i z jajami. Fajnie, że dokurwili „Necromaniac” z debiutu, bo bardzo lubię ten numer.

 

Koncert się skończył i mnie trochę zaczęło suszyć. Powstrzymałem jednak żądzę pijacką, bo miałem zajebiste miejsce przy barierkach a zaraz kapela, na którą przyjechałem. Kurwa Origin to jest dla mnie jakiś pierdolony fenomen. Nie wiem jak goście to robią, że przy takim technicznym zaawansowaniu ich muzyka osiąga taki poziom brutalności. Większość zespołów grających techniczny death metal nie ma ani ułamka tego szaleństwa, które generuje Origin. Ta muzyka z płyt zabija. Bałem się o to, co się będzie działo na koncercie. Zniszczą tą budę swoją soniczną falą uderzeniową czy nie? Nie zburzyli, ale niewiele brakło hehe.  Chwila instalacji sprzętu i ruszamy. Pierwsze dźwięki zabiły. Kurwa goście na żywo uzyskają ten sam poziom, co z płyt. Nie mogłem uwierzyć jak patrzyłem, co Mike Flores wyrabia ze swoim basem. Gość osiąga jakieś kosmiczne prędkości zapierdalania po strunach. Coś niesamowitego. Zajebiście też prezentował się wokalista. Gardło tam aktualnie męczy niejaki Jason Keyser. Gość na scenie latał jakby miał zaawansowane ADHD i wydawał z siebie niesamowitą paletę wrzasków. Byłem pod wrażaniem. Zajebisty też gość maił kontakt z publiką. Zaczął od hasła „This is your space” dając sygnał do ostrzejszego młyna. Gość opanował też nieźle język polski, bo „Dziękuję bardzo” w jego wykonaniu brzmiało przekonująco. Nie jak „Dżekuja bardza” czy „ Dzjekuje brdzo” hehe.  Set też przekrojowy, choć skupiający się głownie na ostatnich trzech płytach. Dokurwili na pewno „All Things Dead”, „The Aftermath” (jak ja lubię ten numer!!),  „Evolution of Extinction” (też urwał mi łeb przy samej dupie). Przed odegraniem „Portal” też miał miejsce niecodzienny event. Została zarządzona „ściana śmierci”, ale w ciszy hehe. Taka fanaberia. No i kurwa po 40 minutach koniec. Niby trochę krótko, ale ciężko byłoby przetrwać dłuższy występ hehe. Ja miałem dość. Pobiegłem wiec po browara, którego opróżniłem prawie natychmiast. Rozsiadłem się w palarni i odpaliłem peta.

 

Dla mnie koncert się zakończył, ale jak już przyjechałem to, czemu mam sobie Aborted nie zobaczyć? Niczego nie spodziewałem się po tej kapeli. Znam ich twórczość bardzo pobieżnie a to, co słyszałem nie jest dla mnie jakoś szczególnie interesujące. Goście napierdalają death metal, jaki lubią. Postanowiłem jednak podejść do koncertu z otwartą głową. Wszystko bardzo punktualnie się odbyło i jakoś po 21 na scenie już biega łysy jegomość i zachęca do napierdalania przy muzyce Belgów. Typy mieli fajny wystrój sceny. Po bokach dwa ogromne banery dodatkowo wyposażone w światła. Były też armatki dymne i fajne pionowe światła. Ciekawy efekt to wszystko dawało. Ja sobie zamówiłem kolejne piwko, stanąłem w dalszej odległości i obserwowałem. Koncert naprawdę żywiołowy, choć po Origin to już nie było, co zbierać. Nie powiem, żeby mi się nudziło, ale w miedzy czasie zdążyłem dwa razy się odlać i raz zapalić. A zapomniałem napisać o zajebistej rzeczy w „Fabryce”, którą odkryłem dopiero w niedziele. Koło pisuarów są półeczki na piwo. Jak się szcza to można sobie browara odstawić i nie eksperymentować z chowaniem kutasa do rozporka jedną ręką. Wspaniały wynalazek hehe. Ale nie o tym powinienem pisać hehe. Na scenie dalej dużo się dzieje. Nawet jeden numer został „odśpiewany” na dwa ryje z wokalistą Exhumed. Fajnie to wyszło. Miałem jednak nieodparte wrażenie, że Aborted miało dość kiepskie przyjęcie. Trochę typów się kotłowało pod sceną, ale jak przyszło do „ściany śmierci” to już jakoś było mniej ruchliwie hehe. Przykre dla kapeli pewnie było też to, że po zejściu ze sceny ludzie zaczęli wychodzić z sali i mało kto domagał się bisu. W końcu kapela, chyba sama z siebie, wyszła na scenę i odegrała jeszcze jeden numer. Nie do końca było to fajne, ale ja to rozumiem, bo na Aborted nie przyjechałem i mało tego: przed koncertem uważałem, że ta kapela jest nijaka. Dalej uważam, że jest nijaka, ale przynajmniej się stara na koncertach hehe.

 

Ekstremalnie wcześnie skończyła się cała impreza. Ja do busa miałem jeszcze od cholery czasu wiec poszedłem na miasto z zamiarem wypicia dobrego browara i wrzucenia czegoś na ruszt. Zjadłem kurczaka i poszedłem do Viva la Pinta w celu obalenia zajebistego „Ataku Chmielu” z kija. Pani jednak oświadczyła, że już zamykają. Potem polazłem do knajpy czeskiej i tam identyczna sytuacja. Doszedłem więc do CK Browaru i tam dostałem piwko. Siedzę jednak jakieś 20 minut a kelnerka do mnie, że już zamykają i żebym kończył. Kurwa 20 minut temu jeszcze nie zamykali. Trzeba było mi powiedzieć wcześniej to bym poszedł gdzie indziej. I tak zamiast sączyć sobie piwko w oczekiwaniu na busa musiałem włóczyć się po mieście… I tak też się skończył ten wyjazd. Nie żałuje. Naprawdę zajebisty koncert dało Origin. Reszta kapel też ok lub bardzo ok. Oby jak najwięcej takich spędów.