Wydawca: Non Serviam Records

Po dość długiej passie albumów bardzo dobyrch, wspaniałych czy wybitnych trafła w końcu kosa na kupę i rozniosła ją po całym poletku. Podziękujcie Zronheym.

W ogóle to zauważyłem taką zależność, że na scenie metalowej, gdy ktoś gra coś kiepskiego to zazwyczaj określa to mianem „extreme metalu”. Taki Zornheym nie napisze przecież w swoim bio, że gra symfoniczny black metal. Nie, on gra extreme metal. Ja wiem, że dla ich rodziców, wujków i cioć oraz piekarza czy listonosza te hałasy są ekstremalne, ale bez jaj. W Polsce takie granie ma swój odpowiednik – Krakowski Klamerkowy Black Metal. I jest równie zajmujące co Zornheym – dostajemy wzniosłe jak przemówienia na akademii klawisze, dostajemy riffy ostre jak kartka z szesnastostronnicowego zeszytu, melodie piękne i wokale co raz robią harrrrszszszs, a raz pięknie i gładko, niczym słowicze trele. Oczywiście mamy jeszcze female vocals, bo wiadomo że one są w ekstremalnym metalu nieodzowne. Mamy komputerową okładkę i logo wykonane przez Szpajdla (co oczywiście zaznaczono w promo, jakby fakt, że ktoś zapłacił 50 dolarów za logówkę, miał mieć wpływ na jakość muzyki). Niniejszym stwierdzam, że „When Hatred Dwells and Darknes Reign” to po prostu kawałek plastiku, na który wrzucono przypadkowo sklecone inspiracje Dimmu Borgir, Septicflesh, Behemoth i innych takich, polukrowane i wyszlifowane. I reklamowane jako oczywiście płyta roku.

W tym przypadku akurat cieszę się, że promo doszło do mnie w wersji cyfrowej – za moment je usunę i tak skończy się moja przygoda z Zornheym. Jakbym dostał na płycie to by mi zajmowało miejsce i się kurzyło. Szkoda na to Waszego czasu.

Ocena: 3/10

Tracklist: