Wydawca: Iron Bonehead Productions

Amerykański hord o nazwie Worm może być kolejnym przykładem wstecznej ewolucji black metalu. Demówiek nie słyszałem, ale sądzę, że jestem sobie w stanie wyobrazić, co się na nich znajduje.

Mam jednak przed sobą debiut Worm zatytułowany „Evocation of the Black Marsh” i słucham go z przyjemnością. Worm to oczywiście projekt jednoosobowy. Kapitan tego okrętu za cel postawił sobie uwstecznienie black metalu do najprymitywniejszej z form. Zarówno, jeśli chodzi o warstwę muzyczną, jak i samo brzmienie. Zacznijmy może do brzmienia. Jest gówniane. Jakby Worm faktycznie był regularnym zespołem, to uznałbym ten materiał za zarejestrowany na żywo. Brzmienie jest ekstremalnie szorstkie i surowe. Ale interesującym jest fakt, że jest dość czytelne. Dzięki temu można wyłapać masę naprawdę bajeranckich riffów. W szoku jestem, że aż tyle zajebistych „melodyjek” przewija się przez ten album. Myślę, że wstydu by nie było, jakby Worm przeniósł się w czasie do Oslo na początku lat 90-tych, wpadł do Helvete i zagrał Øysteinowi parę swoich patentów na gitarę. Jedyne, co mnie w tym wydawnictwie wkurwia to kiepski wokal. Wychodzi na to, że pan kierownik kapeli nie umie jednak wszystkiego.

Nie zmienia to faktu, że płyta jest naprawdę ok. Nie spodziewajcie się jednak fajerwerków. Myślę, że kilku osobom morda się ucieszy podczas odsłuchu. Ja lubię takie granie.

Ocena: 7/10

Tracklist:

Side A
1. Altar of Black Sludge
2. Winged Beast of the Phantom Crypt  
3. Gravemouth  
4. Evil in the Mire  
Side B
5. Evocation of the Black Marsh  
6. Swamp Ghoul  
7. Rotting Semblance  
8. The Slime Weeps