Wydawca: War Records

Nie wszystkich Greków kryzys się ima, a przynajmniej nie kryzys twórczy. Niektórzy wciąż wykuwają metal w swoich podziemnych kuźniach, pomimo że warunki ponoć ku temu nie sprzyjające.

Jak Witchcurse. Goście co prawda żyją wczesnymi latami osiemdziesiątymi, więc może nawet nie wiedzą co się tam u nich dzieje, hehe. Bo oni wciąż tylko heavy metal i heavy metal. Zapatrzeni w Diskinsona ze śmieszną grzywką, w kurdupla z Accept i w masę innych muzyków tworzących zjawisko o nazwie NWOBHM. Witchcurse pokazują, że to nie ważne, iż lata osiemdziesiąte odeszły bezpowrotnie – oni sią wciąż źli, nie są głupi, a metal to ich sposób na życie. To nic, że ich muzyka trąci myszką, jest totalnia anachroniczna, ale mimo wszystko sprawia przyjemność kilku maniakom. Jak ja. Bo „Still Evil” słucha się naprawdę przyjemnie. To tylko dwa numery, dziesięć minut muzyki, ale bardzo fajnie ten czas mija. W tym melodyjnym graniu mamy sporo klangowania, dobrych solówek i klimatu zaczerpniętego z „The Number Of The Beast” czy „Piece Of Mind”. A jako, że zapewne dla większości z Was muzyczna edukacja zaczynała się właśnie od tych nagrań, będzie to bardzo fajna podróż do czasów, gdy metal kojarzył się Wam z Eddiem na plakatach, a nie z obsrywaniem się na forach internetowych.

Spodobała mi się ta siedmiocalówka Witchcurse. Ma w sobie coś prawdziwego. Z czystym sumieniem mogę ją polecić fanom starego dobrego heavy metalu.

Ocena: 7,5/10

Tracklist:

1. I’m No Fool
2. Way Of Life