Wydawca: Old Temple Records

No to mi się trafił krążek do recenzji. Lubię wynalazki różnorakie, ale chyba jednak klasykę cenię sobie najbardziej. Nie wiem czy kojarzycie Whalesong, ale zdecydowanie nie można o nich powiedzieć, że trzymają się utartych kanonów.

„Disorder” to ich debiut, wcześniej otarła mi się o uszy chyba ich EPka „Roi des Rats”, ale raczej nie zrobiła na mnie wrażenia, inaczej zapamiętałbym cokolwiek. Jak jest z najnowszym dziełem Whalesong? Ano jest tak, że trio z Tarnowskich Gór powzięło sobie za cel zamęczyć słuchacza zdehumanizowanymi dźwiękami. Czasownik „zamęczyć” nie został tu jednakże użyty w pejoratywnym sensie – dźwięki z tego materiału jednakże co mniej odpornych słuchaczy zmielą, zgniotą i uformują w mały sześciobok z mięsa a następnie zapakują w metalową puszkę i schowają do ciemnego magazynu. W tych ośmiu utworach słyszymy pochodne takich formacji jak Godflesh, Primitive Man, zapomnianego dziś już lekko Buzzov-en, a niekiedy mamy styczność ze zgoła wręcz apokaliptycznymi dźwiękami Mz 412. Sporo tu chorego, paranoidalnego industrialu, niemało sludge’owego katastrofizmu, a niekiedy i schizofrenicznego rozdwojenia jaźni (pozdrawiamy z zakładu zamkniętego, w którym tabletki podają nam przy dźwiękach „Dearth”). I fajnie, mieli to wszystko i psuje psychikę aż miło. Tylko nie na każdy mój nastrój, nie na każdy dzień i ogólnie jest to muzyka, którą łykam w dość specyficznym stanie ducha. Ale doceniam ten godzinny, chory kawał muzyki, bo jej kurewski ciężar i konsekwencja w dowiedzeniu, że koniec jest blisko.

Podsumowując, Whalesong sprokurowało niezły krążek, jednakże przeznaczony tylko dla wybranych par uszu. Miętkim waflom też mówią tutaj nie.

Ocena: 7/10