Warvictims „Domedagen”

Dziś będziemy się uczyć, jak sprokurować mały soniczny rozpierdol. Płytę instruktażową przesłali nam pomocni Szwedzi z Warvictims działający na zasadzie non – profit.

Lekcja podzielona jest na czternaście części, czyli tyle, ile numerów liczy debiutancki krążek „Domedagen”. W przypadku szwedzkiego kwartetu hałas generowany jest za pomocą mieszanki punka, d-beatu, crusta i grinda i chuj tam wi czego jeszcze. Jest szybko, chaotycznie, rytmicznie, prosto i do celu. Taka właśnie muzyka jest prapoczątkiem wysypu kapel grind core’owych w stylu Napalm Death czy innych Extreme Noise Terror. I fajno, jest nadupczanie – jest impreza. Mogę słuchać takiej muzy i nie widzę w tym problemu, ale jakoś szybko mi się ona przejada. Albo może inaczej – Warvictims wpada i wypada. Jak leci w głośnikach – jest okej. Jak już nie leci – też jest okej. Szybkie granie, darcie pyska, napieprzanie w perkusję – wsio wpariadkie, ale zapomina się o tym równie szybko jak o dacie urodzin ex-dziewczyny. Ale czuję, że Warvictims nie są zespołem, który chce się wryć słuchaczowi w pamięć. Oni po prostu chcą hałasować, jakkolwiek trywialnie to brzmi. Co im zresztą wychodzi.

Hm, odsłuchane, odstawione na półkę. Kolejna płyta z tego właśnie gatunku. Kropka. Jak ona się właściwie nazywała…?

Ocena: 6,5/10

Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *