Wydawca: Abyss Records

Ciężki mam dziś dzień, a tu jeszcze jakieś takie płyty mi podrzucają do recenzji. To znaczy, zanim jeszcze odsłuchałem płytę, to rzuciłem okiem na okładkę i na zdjęcia kapeli. No i co? Ech…

Kurwa, okładka „Wolves of the North”, będącego debiutem Szwedów z WAN, jest szczerze mówiąc tragiczna. Logo również. Zdjęcia – matko bosko, jeden to ma krzyż zrobiony chyba ze sztachety z płotu, taki wielgachny, a krew na twarzach wygląda jakby się poparzyli przy opalaniu, lub mieli wyjątkowo ciężki trądzik. Włączamy płytę… Dżizas Fakin Krajst, jakie brzmienie, jak tak można? Perkusja to podręcznikowy przykład jak nie używać automatu perkusyjnego. Ogólnie brzmienie jest uuu… cieniutkie. A sama muzyka, zapytacie zniecierpliwieni moimi wywodami? Panowie grają prosty black metal w starym stylu. Chciałoby się rzec nawet „starym dobrym stylu”, ale jakoś nie podchodzi mi ten cały WAN. Niby inspirują się takim Bathory tudzież innym Hellhammer (choć już nie w takim dużym stopniu), niemniej jednak ta muzyka nudzi się tym bardziej im dłużej się jej słucha. Może gdyby była lepiej wyprodukowana, to nie reagowałbym na nią w ten sposób? Nie wiem. Jasne, gdybym miał wybrać między WAN a jakimś nowomodnym gównem, wybór byłby oczywisty. Ale jeśli miałbym wybrać między WAN a dajmy na to Throneum, wybór byłby równie oczywisty…

Tak to jest, że raz się dostaje lepsze płyty, raz gorsze. Ja kupiłem sobie ostatnio kilka dobrych płyt, więc ich recenzje będą lepsze. „Wolves of the North” dostałem do recenzji w wersji promo i raczej na normalny format kasy nie wydam.

Ocena: 5,5/10

Tracklist:

1. 13 Sons Of The Devil
2. Hädanfärd
3. Död Kristen Man
4. Kingdom Of Wan
5. Wargoat
6. Ursinnets Begär
7. Ulvhäll
8. Bortgang
9. War Of The Unholy
10. Med Stormsteg Mot Döden
11. Rapid Satan
12. Rise Of The Antichrist
13. Wolves Of The North