Vulcano „Tales from the Black Book”

Wydawca: I Hate Records

Oczyma wyobraźni już widziałem taką scenę: „Za co???” – spytałem pocierając nabrzmiałą od uderzenia twarz. „Za jajco!!! – krzyknął Naczelny – Nie widzisz, z którego roku jest ta płyta!? Pięć lat poślizgu?! Co my jesteśmy, kurwa – WspomnieńCzarWebzine?!”…

Spieszę więc z wyjaśnieniem, że po pierwsze – jak ślą do recenzji, to się recenzuje, a po drugie jest to reedycja, więc umywam ręce, a po trzecie jeszcze się ten zespół na naszych szanownych ramach nie pojawił. A mowa o brazylijskim Vulcano i ich ostatnim studyjnym krążku – „Tales From the Black Book”. Nazwa ta nie powinna być obca żadnemu maniakowi starego podziemia, bo Vulcano to kult, Szatan, piekło z siarą i Twoją Starą razem wzięte. Muzyka Vulcano to taki metal ponad podziałami (tylko bez żadnych pacyfistycznych skojarzeń proszę) – z zamierzchłych czasów kiedy to po prostu się napierdalało, a nie dumało czy to thrash, a może death tudzież black metal. Dla mnie ten zespół zawsze był niedoceniony przez metalową gawiedź i właściwie nie wiem dlaczego? Cóż, brzmią kiepsko, nawet po dwudziestu kilku latach istnienia, muzykę grają prostą jak cep, przekazu nie ma to żadnego… i tak ma być, taki ma być kurwa metal. Wystarczy posłuchać sobie „The Bells Of Death”, „From The Black Metal Book”, następującego po nim “Devote To The Devil” czy innym „Fall Of The Corpse” – oddech wymarłych światów sprzed co najmniej ćwierćwiecza. Brazylijczycy zapewne nie siedzą miesiącami w studio i nie głowią się, jak tu osiągnąć takie brzmienie, żeby panom w polskiej edycji Metal Hammera albo jakimś niemaszkowatym RockHard. Nie wynajmują też zapewne grafików, którzy porzucają dla nich fuchy u Disneya, żeby zrobić im okładkę. Oni wchodzą, łapią za sprzęt i grają to co im dyktuje Diabeł odziany w katanę i ćwieki, na front cover wrzucają artystycznie średniej jakości obrazek, który jednak mimo wszystko świetnie pasuje do muzyki. A później tacy jak ja mają niebywałą radochę wałkując „Tales From The Black Book” w kółko. Bo taki ma być metal!

Co tu dużo mówić, takie albumy to esencja metalu i podziemia. Trafią tylko do tych, do których mają trafić, nikt przypadkowy nie kupi ich na wyprzedaży w EMPiK’u, ani nie naszyje sobie ich logo na kultowy plecak-kostkę obok naszywki Nightwish. To jest metal, tu się napierdala.

Ocena: 8,5/10

Tracklist:

1. Gates of Iron
2. The Bells of Death
3. Priestes of Bacchus
4. From the Black Metal Book
5. Devote to the Devil
6. Fall of the Corpse
7. Face of the Terror
8. Guerreiros de Satã
9. Troubled Mind
10. The Sign Carved on the Door
11. Obscure Soldiers
12. Total Destruição
13. Bestial Insane
Autor

10989 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *