Wydawca: Van Records

Nie wiem, skąd przyszli i co za jedni. Nazwa równie dobrze może być adekwatna dla black metalowej hordy, jak i dla na przykład thrash metalowców. Okazało się jednak że nie.

Vanderbuyst. Mnie kojarzy się osobiście z jakimś holenderskim nazwiskiem. Cóż… bingo! Vanderbuyst to faktycznie grupa z Holandii, a rzeczona płytka, zatytułowana zresztą „Vanderbuyst” to ich świeżutki debiut. Poza przyjemną dla oka okładką zawiera też przyjemną dla ucha muzykę. Lekko zadziorny hard rock, bardzo melodyjny, taki jaki zdobywał popularność w MTV lat osiemdziesiątych. Czyli mamy klimaty Van Halen, czasem Whitesnake, czy nawet nieśmiałe inspiracje heavy metalem w stylu wczesnego Judas Priest czy raczkujące NWOBHM. No wypada to znośnie, o ile ktoś jest takim softem, że lubi ten rodzaj muzyki, hehe. Ja w sumie wolę trochę bardziej drapieżne granie, ewentualnie bardziej rock and roll’owe. Może „Traci Lords” ma taki fajniejszy rokenrolowy feeling,  Vanderbuyst jest zespołem niestety trochę jeszcze mało konkretnym, balansują między rockiem a hard rockiem, nie za bardzo wiedząc, na którą stronę przejść. Do tego mam trudności z zapamiętaniem tych kawałków po wyłączeniu płyty. Coś tam niby zostaje, ale żebym miał sobie zanucić cały kawałek, to już niestety nie da się. Na „Vanderbuyst” znajduje się bowiem muzyka do obierania ziemniaków – nie przeszkadza, ale i nie inspiruje czy zachęca do dłuższego posłuchania.

Nie mam pojęcia, czy nawet jeśli wystawiłbym Holendrom najwyższą notę, zmieniło by to cokolwiek i tabuny popędziłyby po ich krążek. Na pewno nie zwaliło mnie z fotela tak jak laskę z okładki. Odsłuchane, zrecenzowane, następny proszę.

Ocena: 6,75/10

Tracklist:

01. To Last Forever

02. Tiger

03. New Orleans

04. Traci Lords

05. Stealing Your Thunder

06. Rock Bottom

07. From Pillar To Post