Vader „Necropolis”

Wydawca: Nuclear Blast Records

Na początek pytanie – spostrzeżenie: czy gdyby Peter nagle zmienił front i wszedł w rejony od Vader diametralnie różne, na przykład wplatałby w swoje kompozycje elementy gotyku czy funky, nie podniosłyby się głosy, że to już nie Vader, że jak to tak, gdzie te charakterystyczne riffy i reszta spuścizny Olsztynianina?

Tymczasem tutaj mamy to, dzięki czemu Vader wypłynął – dobrej jakości, charakterystyczny death metal z wszelkimi atrybutami stylu Petera. I znów podnoszą się głosy, że oto Wiwczarek zżera własny ogon. Właśnie, sam za bardzo nie wiedziałem, czego spodziewać się po „Necropolis”. Bo prawda, moim zdaniem jest taka, że od czasu „Litany” Vader jakoś nie zaoferował niczego, co choć na chwilę ruszyłoby z posad bryłę świata. Ci, którzy liczyli, że Nekropolia przyniesie jakieś zmiany w tym temacie z jednej strony musieli się rozczarować – dziewiąty album Vader brzmi tak jak album Vader brzmieć powinien. Wygląda zresztą też – layout, który wyszedł spod ręki Jacka Wiśniewskiego rozpoznaje się z kilometra, niestety. Z drugiej strony, jeśli chodzi o same kompozycje, pewne delikatne zmiany słychać. Wystarczy zapoznać się z „When The Sun Drown In Dark”, gdzie od razu rzuca się w uszy, że Petera jakby tak coraz wyraźniej ciągnęło w stronę thrash metalowych pra-korzeni zespołu. Z tym, że raczej nie ma tu wielu tego typu skoków w przeszłość, odstających przy tym od obecnej „linii programowej” zespołu. Przygniatająca część kompozycji, riffów, solówek to jako żywo esencja Vader, niemożliwa do pomylenia z żadnym innym zespołem. A jeśli przypadkiem usłyszycie solówkę nieco inną, o charakterze zbliżonym do heavy metalowej stylistyki, to możecie być pewni, że jej autorem jest Marek Pająk z Esquarial. Niestety, nie ma tego dużo. Tak, tak – niestety. Bo przy całej mojej sympatii do Vader (takie wyznania obecnie to chyba nie na miejscu są, ale co tam) „Necropolis” chwilami faktycznie zalatuje odgrzewanymi na siłę patentami, które nijak mają się do ogłaszanego wszem i wobec tchnięcia nowego życia w zespół. Czasem łapię się na tym, że nie tyle słyszałem już dany riff, ale nawet i pewne zwroty wykrzykiwane przez Petera w tekstach. Zauważam, że spodziewam się czegoś, jakiegoś dźwięku i ten właśnie po momencie rozbrzmiewa. Oczywiście, ja i nie tylko pewnie ja, właśnie za takie granie polubiłem ten zespół, ale faktem jest, że jakoś tak na wcześniejszych albumach styl Vader rozwijał się, gdy zaś już okrzepł, mniej więcej na wysokości „Revelation”, to nawet wówczas Peter potrafił nas czymś zaskoczyć. A teraz… Jeśli ktoś ma problem z rozpoznaniem stylu w takim utworze jak przykładowo „Anger” czy „Never Say My Name”, powinien czym prędzej zgłosić się do laryngologa. I niestety taka sytuacja wkrótce może stać się dla Vader problemem, ale nie chcę krakać…

Dobra, nie czas i miejsce na truizmy, że tysiące kapel chciałoby nagrać taki album. Vader to Vader, należy od nich wymagać więcej. Ja tymczasem dostałem tyle samo co za poprzednim razem i za jeszcze wcześniejszym. Dobry krążek. Niestety, tylko dobry.

Ocena: 7/10

Tracklist:

1. Devilizer
2. Rise of the Undead
3. Never Say My Name
4. Blast
5. The Seal
6. Dark Heart
7. Impure
8. Summoning the Futura
9. Anger
10. We Are the Horde
11. When the Sun Drowns in Dark

Autor

10989 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *