Tyrant „Hereafter”

Tyrant > Hereafter

Wydawca: Shadow Kingdom Records

Kapel o nazwie Tyrant w historii metalu było od zajebania. Jedne lepsze, inne gorsze, kilka ponoć kultowych. Ten Tyrant należy właśnie to tych „kultowych”.

Kultowość owa objawia się tym, że wydali dwie bardzo dobre płyty w latach osiemdziesiątych, a potem na długo słuch o nich zaginał. Potem powrócili na moment w latach dziewięćdziesiątych i słuch o nich zaginął. I potem znów powrócili z czwartą płytą, zatytułowaną „Hereafter”. I jak jest? Ano całkiem spoko, o ile ktoś lubi heavy metal. Taki wiecie… hardy, dumny, metalowy. Jakbym powiedział, że „true” to też byłoby raczej jasne dla większości z Was o co chodzi. Kapela nie łamie tutaj żadnych ograniczeń prędkości, że powiem tak trochę naokoło. Numery utrzymane są w średnich i wolnych tempach, ale szczęśliwie nie przekłada się to jakoś na zbytnie rozmiękczenie tego albumu. Nie, wręcz przeciwnie, słuchając „Hereafter” mam wrażenie, że tak to właśnie powinno brzmieć – jest melodyjnie, ale równocześnie jest to mocne, męskie granie, pomimo że niemało tutaj akustycznych momentów – wypadają one bardzo naturalnie i doskonale wpasowują się w tę muzykę. I pomimo nich ten krążek brzmi ciężko. Olbrzymim plusem jest też wokal – za mikrofonem znalazł się tu nie byle kto, ale sam Robert Lowe (dla niekumatych – znany z Solitude Aeternus oraz Candlemass). Idealnie się wbił w Tyrant. Naprawdę przyjemnie mi się słucha tej muzyki, jednak złapałem się na tym, że na dłuższą metę człowiek robi się trochę niecierpliwy, chciałby jakiegoś urozmaicenia. Niestety, nie ma co na żadne takie fanaberie liczyć – wszystkie jedenaście utworów brzmią dość podobnie, utrzymane są w podobnym tempie, co na dłuższą metę negatywnie rzutuje na ten materiał. Jeden odsłuch jest OK, ale już drugiego pod rząd nie dam rady, szczególnie że album nie jest najkrótszy – pięćdziesiąt cztery minuty muzyki to dość sporo. Ale w dawce jednego przesłuchania na jakiś czas propozycja Tyrant całkiem nieźle się broni. A pamiętajcie, że ostatni album wydali niemal ćwierć wieku temu.

Po „Hereafter” sięgną zapewne głównie wszyscy ci oldskulowi metalowcy co to zapierdalają tysiąc mil na Keep It True i inne takie. I bardzo dobrze, bo to album dla nich. Mi zresztą też się podoba.

Ocena: 7/10

Tracklist:

Side A
1. Tyrant’s Revelation 4
2. Dancing on Graves
3. The Darkness Comes
4. Fire Burns
5. Hereafter
Side B
6. Pieces of Mine
7. Until the Day
8. When the Sky Falls
9. Bucolic
10. Beacon the Light
11. From the Tower
Autor

11986 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *