Trauma „Comedy is Over”

</

Wydawca: Deformeathing Productions

I co ja Wam więcej mogę powiedzieć o Traumie, niźli napisane zostało w tych wszystkich zinach? Jest to zespół, który naprawdę bardzo bardzo lubię. Tak naprawdę poza dwoma ostatnimi pełnowymiarowymi krążkami łykam każdy ich materiał.

I tak się fajnie złożyło, że Deformeathing Productions wznowiło debiutancki krążek kapeli z 1996 roku, czyli „Comedy is Over”. I bardzo mnie to pasuje, gdyż jakoś nigdzie nie mogłem natrafić na ten album (zawsze jak licytowałem na allegro to się okazywało, że albo mnie ktoś przebił o mityczne pisiont groszy, albo kaseta była „w zasadzie ok, tylko ostatnie dwa numery są zmazane”). Lubię ten materiał, choć do najlepszego w dyskografii Traumy „Suffocated in Slumber” jeszcze mu daleko. Tutaj Mister i reszta jeszcze trochę inaczej grali – ciut melodyjniej („Relief”), więcej kombinowali… Na „Comedy is Over” czuć ten charakterystyczny sznit polskiego death metalu z połowy lat dziewięćdziesiątych – nieśmiałe „my byśmy też chcieli jak ci najwięksi, choć realia jeszcze nie te”. Trauma, która w służbie metalu mieli już od ponad trzydziestu lat też tak miała, czego „Comedy is Over” jest bardzo dobrym dowodem. Wiadomo, po tym materiale przyszła dójka i posprzątała wszystko, ale zanim to nastąpiło debiut też był niczego sobie. Może chwilami przekombinowany, może czasem zbyt dużo było tego pierdolenia się po kątach zamiast przyjebania prosto w nos, ale jakiś urok to ma. Żałuję tylko, że dano mu nową okładkę, ja zawsze lubię jednak oryginalne front covery, nieważne jak czerstwe – nowy obrazek do „Comedy is Over” jest oczywiście bardzo dobry, ale już ten ze wznowienia Pagan Records moim zdaniem był niepotrzebny. No bo przecież ta komputerowa twarz a’la fascynacja Beksińskiego programami do obróbki komputerowej ma swój urok. Jak i sama muzyka.

Fajny jest ten materiał, fajnie się go wspomina, a że akurat premiera „Comedy is Over” przypadła na mój początek fascynacji metalem bardziej podziemnym od Acid Drinkers to jakoś tak odnoszę się do niego z sentymentem.

Tracklist:

 

Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *