Ostatnimi czasy powracają z nowymi płytami stare thrash’owe pryki, ale i nowych ciekawych kapel nie brakuje. I to zarówno tych, które wybiły się ponad powierzchnię, brylując w majorsach, jak i łupiących w podziemiu, brylujących co najwyżej w lokalnych pubach.
Dziś będzie o tych drugich. Panowie prawiczkami już nie są, mają na koncie już pełnowymiarowy debiut. Ale teraz będzie krótko, bo oto i mam do zrecenzowania jedynie demo, a te trzy kawałki wyjęte są z debiutu i nagrane ponownie. Ale mam nadzieję, że będzie i treściwie, bo Toxik Society nie owija nic w bawełnę, więc czemuż ja miałbym to robić? Wraz z „Living Kufeso” dostajemy 100% thrash metalowej energii, zagranej z polotem i szaleństwem. Jakie wpływy, zapytacie znudzeni moimi mało precyzyjnymi opisami? No to możecie spokojnie przyłatać im plakietkę „Brzmią jak Megadeth, Nuclear Assault, Anthrax…” i będzie wszystko wiadomo. Czad, wysokie wokale i obcisłe gacie! Muzycy, choć młodzi, mogą już pochwalić się sporym warsztatem. Znajdziemy tu dosyć urozmaicone solówki, całkiem nieźle rozbudowane utwory. Czternaście minut thrashującej galopady, wyjętej sprzed ćwierćwiecza, ale z bardzo fajnym brzmieniem. Ogólnie słucha się tego z przyjemnością, choć rękę daję sobie uciąć, że w 90% recenzji tego materiału padnie sakramentalne „nihil novi”. Ale co z tego?
No tak, mówiłem, że będzie krótko, to i jest. „Living Kufeso” kopie dupę białymi reebokami, tak jak się tego spodziewałem. Teraz tylko czekać na następne uderzenie z Półwyspu Iberyjskiego. A człowiek myślał, że tam to tylko flamenco…
Ocena: 7,25/10
Tracklist:
| 1. | Morbid Crypt | ||
| 2. | Toxic Invasion | ||
| 3. | Human War |













