Tomorrow’s Outlook „34613”

 

Wydawca: Battlegod Productions

Niektóre płyty w ogóle na łamy tak szanującego się łebzina jak Kejos nie powinny trafić. Tak się jednak składa, że lądują one w naszych skrzynkach pocztowych, a my jako prawi i zdyscyplinowani ludzie, wystawiamy swoje narządy uszne na katusze, aby powstrzymać Was – nieświadomych niebezpieczeństwa – przed zakupem takich krążków.

 

Trochę to sobie „zmartyrologizowałem” życie recenzentów, ale taka myśl nasunęła mi się po lekturze płyty Tomorrow’s Outlook. No może poza jeszcze jednym stwierdzeniem, którym zwykłem opisywać muzykę spoza swojego kręgu zainteresowań i tolerancji (która jest niemała – dodajmy) : „o ja pierdolę”. Niewiele mądrzejszych myśli, nasuwa mi się po prawie godzinnym (razy dwa) posiedzeniu z „34613”. Nic nie poradzę na to, że dla mnie „power metal” to taki gatunkowy mezalians, który jak większość tego typu związków (tylko w romansidłach jest inaczej) się po prostu nie sprawdza. O ile jestem w stanie słuchać jeszcze starych rzeczy, które swój okres chwały miały w latach 80 i na początku 90, tak tej płyty nie jestem w stanie znieść. Dobra, zaczyna się niezgorzej, utworem który głównie wokalnie, kojarzy mi się z Kingiem D. Potem jednak już jest tylko gorzej. Drugi kawałek zaczyna się tak miodną gitarą i wokalem, że ja moi drodzy za przeproszeniem udaję się na vomit. Szkoda mi tylko śniadania. Cukier z tej płyty wylewa się w każdym możliwym momencie. Z dźwięków płynie przesłanie miłości i pokoju na świecie. Jakby przy okazji dzieci w Somalii miały co jeść, to wszyscy bylibyśmy wielką szczęśliwą metalową rodziną. Tylko ja się filozoficznie pytam: „gdzie tu kurwa jest ten metal?”. Kolejne stwierdzenie nasunęło mi się w czasie ostatnich 30 sekund utworu numer 10, który to brzmi pseudo klasycznie i jako żywo zerżnięty jest  z protoplastów. Na co w ogóle nagrywać takie płyty? Panowie z Tomorrow’s Outlook mają inne zespoły, to może lepiej w nich działać, a nie nowe zakładać (podejrzewam, że za wiele i tak się nie różni od tego co tu zaprezentowano)? Dobra wiem, mają zajebistą technikę i chcą ją pokazać światu. Może, ale czasem ilość to nie jakość. O okładce słowa nie powiem, bo mi się nie chce.

 

Czekam na metalową wersję Godwinowskiego argumentu ostatecznego. Coś w stylu „wyżywasz się, bo sam nie umiesz grać”. Zgadza się – nie potrafię. Mam jednak słuch, który wyraźnie mi mówi „spierdalaj od tego płyty, jak najdalej”. W sumie z tym krążkiem jest jak z grindem – etykietka only for fans, jak najbardziej na miejscu, he he he.

Ocena: 1/10 a dla fanów takiego grania pewnie z 8/10

Tracklist:

01. As Darkness Falls
02. Gate to Freedom
03. Glass Mountain
04. A Song For You
05. Doubt
06. The Ethereal Dream
07. 34613
08. White Lightning
09. Liquid Scream
10. Kill Again
11. March of the Demons
12. Red Rum (Lizzy Borden cover)
13. The Ethereal Dream (Reprise)

Autor

3572 tekstów dla Chaos Vault

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *