Wydawca: I, Voidhanger Records

Panie boże wszechmogący, cóż za dziwne rzeczy do mnie czasem spływają… No sprawdźcie sobie na Metal Archives fotę kolesia, co stoi za Todesstoss. Wydawnictw ma tyle, że zliczyć mi się nawet nie chce, mniejszych i większych.

A to jest jego ostatni jak dotąd pełnowymiarowy album. Z jednym tylko numerem – czterdziestosześcio minutowym tytułowym „Ebne Graun”. A na nim… black metal z grubsza rzecz biorąc, ale dość dziwny, na którym czuć niemało różnych wpływyów. A to depresyjnie… A to znów Burzum z okresu „Hildskjalf”... A to w ogóle dziwolągi z okresu późnego Tormentor i ich „Recipe Ferrum”… A czasem nawet satanistyczną napierdalankę a’la Mysticum. No i cóż – chwilami to brzmi nieźle, ale chwilami jak na siłę udziwnione. Najbardziej mi podchodzą chyba te black/doom metalowo – depresyjne momenty, tak mniej więcej w połowie krążka, gdy muzyka przypomina marsz pogrzebowy. Nie przeszkadzają mi nawet zawodzenia tego typa – od dwudziestej do mniej więcej trzydziestej piątej minuty jest moim zdaniem naprawdę dobrze… Ale biorąc całość materiału z albumu Todesstoss to niestety średnia zostaje zaniżona. Bo jednak zbyt duży eklektyzm, taki na zasadzie „a teraz upchnę to, a za chwilę tamto, albo nie, tamto potem jeszcze, a teraz sramto…” nie do końca mi leży.

„Ebne Graun” mnie osobiście nie zachęciło do zapoznania się z obfitą twórczością Todesstoss, ale może to ze mną jest coś nie tak, a niniejsza płyta jest zbyt mądra na mój mały, kubusiowy móżdżek…?

Ocena: 6/10

Tracklist:

1. Ebne Graun