Thywor

 

Kontakt: Thy Worshiper

Trochę zdziwiła mnie przyznam szczerze polityka Thy Worshiper. Gdzieś tam chwilę temu był materiał „Opowieść jednej nocy”. Myślałem, że zostanie wydany, ale chyba nic z tego. Teraz po niespełna dwóch latach ciszy, dostajemy całkiem inny materiał.

 

Przyznam szczerze, chociaż do Thy Worshiper mam sentyment, to zacząć muszę od czegoś co mi się na tej płycie nie podoba. Albo ja jestem głuchy, albo nie do końca udało się wykręcić brzmienie. Przy takim nagromadzeniu różnorakiego instrumentarium ( a zespół naprawdę się postarał), czasem wszystko na siebie się nakłada, a całość przykrywa na dodatek wokal i mi się rozmywa. A teraz padamy na kolana i wydajemy z siebie jedynie cmokania, mlaskania. Wprowadzamy jednym słowem, dowolny sposób wyrażania podziwu. Nie przewidywałem w żadnym wypadku, że twór tak dojrzały jak Thy Worshiper nagra słaby materiał, ale nie spodziewałem się aż takiego uderzenia. Ta płyta to żywioł, dosłownie i w przenośni. Zdaje mi się, że to właśnie temat nieokiełznanych, niszczących, ale zarazem i sprawczych sił przyrody, jest tutaj najważniejszy. Przekłada się on na to co wylewa się z głośników. Największą rolę moim skromnym zdaniem odgrywa tutaj sekcja rytmiczna. Przy całym szacunku do pałkera, to co jednak na swoich  instrumentach robi Grabaż (ten z rzeszowskiej Misterii, jak mniemam) buduje podstawę tej płyty. Energia i agresja – tak można go opisać. W zasadzie na tym właśnie płynie pozostała część instrumentów jak i wokale. Muzyka Thy Worshiper nie pozbawiona jest progresji, co w zasadzie powinno mnie irytować, ale w sposób w jaki jest to zaprezentowane, jak najbardziej mi odpowiada. Wiele dzieje się tutaj również kwestii wokalnej. Zarówno wokal Marcina, jak i Anny M. zapadają na długo w pamięć. Oba są mocne, aczkolwiek w nieco inny sposób. W przypadku żeńskiego wokalu, moim skromnym zdaniem opus magnum jest kawałek „Piach” – utwór magiczny i nie bójmy się użyć tego słowa. Dla mnie to w ogóle najlepszy moment tej płyty. W zasadzie każdy z tych utworów jest osobną historią. Nie wiem dlaczego,ale skojarzenie miałem ze swoistego rodzaju XXI – wieczną wersją pieśni dziadowskich, jeśli wiecie o czym mówię. Sporo na tej płycie ethno, jak i wiele pierwotności kojarzącej mi się właśnie ze wspominanymi żywiołami. Nie wypada nie wspomnieć też o warstwie graficznej. Jeśli dobrze rozumiem, odpowiedzialną za nią jest Anna M. Przykuwa uwagę.

 

Tak mi się na koniec skojarzyło, że „Czarna dzika czerwień”, to taki wyczuwalny puls Natury. Nie wiem czy takie było zamierzenie, ale tak to właśnie odbieram. Jedna z lepszych (pierwsza piątka) płyt jakie słyszałem w tym roku. Czekam na oficjalne wydawnictwo.

Ocena: 10/10

Tracklist: