The White Mice “Ganjahovahdose”
Sprawa jest prosta – z bozią od dawna mi nie po drodze, za to żółty serek to normalnie mogę wpierdalać na kilogramy. Zaś białe myszki to ewentualnie kwestia przyszłości.
White Mice to trio, które ma niedorzeczny image, lubuje się w skatologicznym bluźnierstwie wymierzonym w najpopularniejszą religię monoteistyczną, nade wszystko kocha ser, a robi to przy akompaniamecie popaćkanej muzyki. Te świrusy na „Ganjahovahdose” zaserwowali nam koktajl ze szczurzych ogonków, psychodelicznego sludge’u, antymuzycznego noise’u i śmietnikowego brzmienia. Tak, śmietnikowego, bo słuchając muzy z szóstego krążka White Mice oczyma wyobraźni widzę, jak tych trzech pojebów buszuje po wysypisku w narkotycznym amoku, grzebiąc, przebierając i szperając w stertach śmieci, nadgryzając co ciekawsze kąski, przeżuwając i wypluwając, żeby i kolega mógł spróbować. Te które zaaprobują wrzucają do osobnego kontenera – z nich powstanie muzyczna Świątynia Krocza na chwałę Cheesusa. Ale gdzieś tam pod powłoką czuć jakiś fekalno – serowy zamysł, który nieustannie pulsuje niczym stolec w jelicie. Wytwórnia opisuje muzykę z „Ganjahovahdose” jako zbyt pojebaną dla przeciętnych metalowców, ale i zbyt narąbaną dla innych. I coś w tym jest. White Mice na pewno nie gra mojego typu muzyki, zbyt wiele tu posranych aranży, ale rzec muszę, że ten sludge’owy trzon, który mimo wszystko jest słyszalnu prawie cały czas, pasuje mi bardzo. Na przykład, taki „Placenta the Crotchtower” wchodzi mi całkiem znośnie, ale już kilka innych fragmentów, gdzie hałas zdaje się być jedynym celem, już niekoniecznie. Ale istnieją bardziej popsute głowy od mojej, więc kto wie… Dodatkową dla nich radością będzie booklet, pokazujący „trochę” inną stronę biblii, hehe…
Cóż, „Ganjahovahdose” to bardzo dziwna płytka, dla bardzo dziwnych ludzi, lubujących się w bardzo dziwnych dźwiękach. Posłuchać można, polubić nie zawsze. Chyba, że czcicie ser na równi z Cheesusem…
Ocena: 7/10
You might also like
|
|
|
|
|




















