The Monolith Deathcult „The White Crematorium 2.0”

Wydawca: Twilight Vertrieb

Jak świat światem, metal nigdy nie był odporny na mody. Nawet jeśli odżegnywał się od popowego mainstreamu, to zawsze coś na metalowe poletko przenikło, nie omijając nawet głębokiego podziemia.

Powodem tych dywagacji na wstępie jest nowa pozycja w dorobku Holendrów z The Monolith Deathcult. Swego czasu wydali oni krążek „The White Crematorium”. Niedawno wypuścili zaś płytę zatytułowaną „The White Crematorium 2.0”. Pewnie zastanawiacie się, co na niej można usłyszeć. Ano oczywiście, że numery z krążka wydanego pierwotnie w 2005, tyle że ponownie zarejestrowane. Nie znam wcześniejszej płyty, więc jest to na pewno plus. Ale już samo nagrywanie ponownie swoich starych albumów, to już kurwa przesada. Ale przejdźmy do muzyki. The Monolith Deathcult stworzył kawał porządnego death metalu, zbliżonego w swych kompozycjach na przykład do Nile, ale niekiedy i Vader. I w związku z „The White Crematorium 2.0” jedno trzeba przyznać – brzmienie albumu zabija – dawno nie słyszałem tak mięsistej, krwistej produkcji. W połączeniu z brualną dawką muzyki wychodzi nam iście piorunujący kawał metalu. The Monolith Deathcult nie intensyfikuje swojej muzyki za pomocą szybkich temp, chociaż i tych tutaj nie brakuje, muzyka z tej płyty to raczej stadium powolnej, rytmicznej, eksterminacji. Weźmy taki utwór tytułowy, który toczy się niczym iście doom metalowy walec, zresztą czas jego trwania jest również zbliżony do tej właśnie estetyki – ponad dziewięć minut. A wokalista swoją barwą przypomina w nim nieodżałowanego Piotrka Ratajczyka. Słychać też już lekkie inspiracje industrialem, bo dosyć gęsto zastosowano tu różne loopy i inne tego typu rzeczy, których nazw nie znam, hehe. No i w ramach intro i outro wmontowano niemieckie bodaj marsze wojenne, które swego czasu implikowały podejrzenia wobec The Monolith Deathcult o sprzyjanie takiej a nie innej opcji politycznej. Na sam koniec dodano zaś już czysto industrialny numer, który notabene bardzo mi się podoba, odśpiewany w języku Goebellsa, hehe.

Reasumując – „The White Crematorium 2.0” to naprawdę niezły kawał ciekawego death metalu, dość nietuznkowego i mającego niesłychane pierdolnięcie. Jedynie sam pomysł albumu nie przypadł mi do gustu, ale kto nie zna oryginału niech szuka. Warto.

Ocena: 8/10

Tracklist:

1. Army of the Despised
2. 7 Months of Suffering
3. Concrete Sarcophagus
4. 1567 – Under the Blood Campaign
5. The Haunted Ravines of Babi Yar
6. Origin
7. The Cruel Hunters
8. 1917 – Spring Offensive (Dulce et Decorum est)
9. The White Crematorium
10. Kindertodestanz (Bonus)
Autor

9989 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *