Czuję w kościach, że kolejnym trendem w muzyce z naszego poletka będzie ofólnie rzecz biorąc rock gotycki z wszelkimi odmianami. Dlaczego? Ano bo coraz więcej promówek właśnie z muzyką, gdzie jest on jednym ze składników, ostatnimi czasy do mnie przybywa.

Może ktoś tęskni za czasami, gdy na fali sukcesu HIM na powierzchenie wypłynęło sporo lepszych (rzadziej) lub gorszych (zdecydowanie częściej) kapel, w stylu The 69 Eyes na przykład. Było to dość denerwujące dla mnie, gdyż metal miał wówczas wmoim mniemaniu niszczyć i palić i wszystko co metalem nie było – było dla mnie pozerskim. Teraz jestem trochę starszy, kilka płyt więcej w życiu przesłuchałem… i zaczynam doceniać granie z jakim wychodzi do nas The Black Capes. Mamy tu mieszankę właśnie gotyki i mrocznego rocka, raczej bez żadnych innych wpływów. Jest to chwytliwe, jest to melodyjne i jest to… fajne. Jasne, wiem, że to taka dziewczyńska konwencja i dziewięćdziesiąt procent moich brutalnych znajomych popuka się w czoło. Ale co tam – The Black Capes nie są może ultraoryginalni (w sumie to w ogóle nie są), nie są ultraagresywni (w sumie to w ogóle nie są), a ich image woła o pomstę do piekieł. Ale to taka fajna lajtowa muzyczka, będąca niezłą odskocznią od sieczki. Poza tym i tak większość z Was słucha od czasu do czasu Type O’Negative, Sisters of Mercy, Fields of the Nephilim... Możecie więc sprawdzić, czy i The Black Capes podejdzie Wam do do gustu.

Bo mnie o dziwo podeszło. Nie przewiduję co prawda, żebym pod wpływem tej muzyki zaczął nagle malować sobie paznokcie na czarno, a synowi nadam imię Brandon Lee, ale od czasu do czasu posłuchać mogę, owszem.

Ocena: 7/10