Temple Desecration „Whirlwinds of Fathomless Chaos”

Wydawca: Iron Bonehead Productions

Możecie wierzyć lub nie, ale Temple Desecration poznałem stosunkowo niedawno. Trochę wstyd się przyznać, bo to taki znakomity hord, że ja pierdole.

W ramach pokuty leże krzyżem słuchając debiutu tych bluźnierców z Tych, bo jest to kawał doskonałej muzyki. Zacznijmy może od tego, że „Whirlwinds of Fathomless Chaos” to album, który ma tylko jedno zadnie: obrażać wszelkie świętości. Te 37 minut to nieustanne plucie na hostie, oddawanie ekskrementów na ołtarz i szczanie pod krzyżem. Tak ja to widzę. Tu nie ma ani sekundy na wytchnienie. Nie ma żadnej litości, ani taryfy ulgowej. Tak właśnie powinien brzmieć najczystszy w swej postaci death / black metal. Ja jestem zachwycony. Słucha mi się tej płyty znakomicie. Riffy są ostre jak żyletka, tną powietrze między mną, a głośnikami bezlitośnie. Wokal: bród, piwnica, wkurwienie i bluźnierstwo. Czysty jad sączy się z samych trzewi gardłowego. Znakomicie. A brzmienie? Brzmienie drodzy czytelnicy, jest idealnym balansem między piwnicą, a czytelnością odbioru. Można wyłapać najdrobniejsze smaczki, a nie tracimy przy tym na „klimacie”. Dlatego Temple Desecration to kapela znakomita, a ich debiut to istny majstersztyk profanacji. Nie miałem ich okazji jeszcze zobaczyć na żywo, więc nie mogę się doczekać momentu, gdy złoże im hołd w dzikim moshpicie.

Przyznaję również, że „Whirlwinds of Fathomless Chaos” jest na ten moment, dla mnie jednym z najpoważniejszych kandydatów do płyty roku z naszego podwórka. Amen!

Ocena: 9,5/10

Tracklist:

. Nameless Hordes
2. Entering the Void
3. Dominion of Darkness
4. Covenant
5. Blood Offering
Autor

694 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *