Stygian „Rising Fury”

Niedawno przekonałem się do Metalliki z okresu „Load” i „ReLoad”. Zajęło mi to bagatela piętnaście lat. Teraz uważam te dwa albumy za naprawdę porządne granie, co na przykład dziesięć lat temu do głowy by mi nie przyszło.

Dlaczego o tym mówię? Bo chyba się starzeję. A prawda jest taka, że kapel wzorujących się na Metallice z lat osiemdziesiątych jest setki tysięcy. Ale kapel wzorujących się na Metallice z okresu tych dwóch krążków – znacznie mniej. A jedną z nich jest Stygian. Właśnie na dniach ukaże się ich drugi krążek – „Rising Fury”, który mimo, że bardzo mocno wzorowany na wspomnianych albumach, skradł moje serduszko. No, może nie do końca, bo maksymalnej noty nie otrzymają, ale jest nad wyraz dobrze. Motoryczne, nowoczesne, chwytliwe granie wykorzystujące najlepsze patenty (czasem może jakby nazbyt dosłownie) wujka Jamesa i kolegów. Na przykład taki numer drugi (najlepszy na płycie) porywa swoją mocą i brzmi jak młodszy braciszek „King Nothing”. No ale nie samą Metalliką człowiek żyje, dlatego też Stygian zaczerpnął garstkę inspiracji z Alice In Chains, garstkę z Pantery, dorzucił do tego dwa balladowe utwory – to chyba tak jakby wpadli w ucho komuś z jakiegoś majorsa, zaś ten potrzebował jakiejś ładnej piosenki do telewizji. Moim zdaniem można by sobie akurat te dwa kawałki odpuścić, ale jak już są, to też jakoś się przeboleje. Stygian naprawdę mi się, mimo wszystko, podoba, bo słychać, że goście czują tą muzykę, nie grają jej dla ewentualnego poklasku czy ulotnej chwili sławy. „Rising Fury” buja w naprawdę przyjemny sposób, dla niektórych na pewno zbyt nowocześnie i łagodnie, ale jak mówię – niektórzy potrzebowali dużo czasu, by docenić pewne płyty. Mam nadzieję, że co poniektórzy dadzą im szansę, bo Stygian na nią z pewnością zasługuje.

Cóż, MTV panowie raczej nie podbiją, bo po dziesięciu latach na scenie są już trochę za starzy dla gustów nastolatków. Niemniej jednak „Rising Fury” to naprawdę trafiony materiał, który sam w sobie ma duży potencjał.

Ocena: 8/10

Autor

10086 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *