Stillborn „Los Asesinos del Sur”

Wydawca: Ataman Productions

Przyszło nam czekać na nowy krążek Stillborn. Niektórzy to już nawet powątplili, że Mielczanie coś jeszcze wypuszczą po „Esta Rebellion Est Eterna”. A tu nagle pojawiło się „Los Asesinos del Sur” i cóż – Annuszka już rozlała olej na tory…

Wzbiłem się na wyżyny literatury z tego powodu, że jak dotąd na szerszą skalę znane są jedynie dwa utwory z tego krążka, w tym „Kot Wolanda” – oczytani w podstawowym stopniu zrozumieją do czego piję. Ja jednek jestem szczęśliwcem, który zna nie tylko dwa kawałki, ale wszystkie dziesięć, jakie znalazły się na płycie. Zaczyna się syrenami, coś a’la „War Pigs”, ale już po chwili muzyka Stillborn atakuje nas brutalna mieszanką death i black metalu, do jakiej przyzwyczaić mogliśmy się przez te wszystkie lata. Niemniej jednak przyznam, że słuchając fragmentów „Hymn of Destruction” skojarzenia moje biegną w stronę innej chluby polskiego poletka – Infernal War. Ale potem to mija. Kolejny na krążku numer jest jeszcze bardziej agresywny, zaś perkusista przechodzi samego siebie – August to bestia za garami. Mamy też nawiązanie do szlagierów z wcześniejszych płyt, a mianowicie „Son of the holy Motherfucker”, z charakterystycznym diabelskim luzem ukrytym gdzieś pomiędzy morderczymi riffami – krótki i treściwy. Za to w „Blood And Dust” dostajemy jakby takie małe novum – w tle werbli przygotowujących nas do starcia słychać coś na kształt fujarek (hehe, wiem, sam jestem fujara), czy jakichś innych instrumentów dętych. Oczywiście gdzieś tam człowiek o nich po czasie zapomina miażdżony potężnym riffem, przygotowującym nas na bojowe wezwanie Kilera – „Six! Six! Six!”. Kurwa, to jest moc, doprawdy. Zwłaszcza gdy posłuchamy wkurwienia w jego głosie , między innymi we wspomnianym wcześniej „Kot Wolanda”. To jest w ogóle naprawdę zajebisty i frapujący zarazem numer – z jednej strony totalnie dziki, z drugiej jednak – znalazło się w nim miejsce na ciekawe zwolnienie. Choć nawet uwzględniając ten fakt, „Kot Wolanda” jest chyba najbardziej „złym” kawałkiem na tej płycie. Zwolnień i gitarowych wycieczek w jakieś chore rejony, których raczej próżno szukać na wcześniejszych albumach Stillborn, mamy też pod dostatkiem w kompozycji tytułowej, bogatej w zmiany tempa i charakteru – od dość prostych i motorycznych riffowań, przez ciężkie walcowate fragmenty do niespokojnego zakończenia… które jest tylko przedsmakiem do najlepszego chyba na całej płycie „Stillborn II (Singularities of the Ordinary Vulgar Boor)” z niszczącymi przesterami, piskami i jak zwykle masakrującą perkusją. I znów gdzie nie gdzie pobrzmiewają mi echa Infernal War, hehe – nie wiem dlaczego nie mogę się od nich uwolnić podczas niektórych framentów „Los Asesinos del Sur”. Ten numer depcze słuchacza doszczętnie, a jeśli komuś się udaje przeżyć i to, wówczas Stillborn wtacza walec w postaci riffu otwierającego „Whore of the Whores” oraz ryjących korę mózgową gitarowych patentów pod koniec tejże piosniki. A tak na marginesie, posłuchajcie wspaniałego brzmienia basu właśnie w dwóch ostatnich kawałkach! Ok, płyta się właśnie skończyła…

Dobra, nie będę już więcej pisał, bo i tak sporo tego wyszło – Wy możecie przeczytać te wypociny tak pro forma, bo chyba nie myśleliście, że spod rąk (i gardeł) tego kwartetu wyjdzie jakieś gówno? Stillborn wciąż w bluźnierczo wysokiej formie!

Ocena: 9/10

Tracklist:

1. Overture .966    
 
2. Hymn of Destruction    
 
3. Diamonds of the Last Water    
 
4. Antonym    
 
5. Son of the holy Motherfucker    
 
6. Blood and Dust    
 
7. Kot Wolanda    
 
8. Los Asesinos del Sur    
 
9. Stillborn II (Singularities of the Ordinary Vulgar Boor)    
 
10. Whore of the Whores
Autor

11608 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

  • Miazga k…mać, ciągle chłopaki w zajebistej formie. Pozdrowienia dla Atamana z Płocka… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *