Sodom „The Final Sign of Evil”

Wydawca: Steamhammer

Machaj banią dla Szatana!!! Oto światło dzienne ujrzała nowa płyta Sodom!!! Ale czy taka nowa? Właściwie to już śpieszę z wyjaśnieniem. Zespół ponownie nagrał kultowy mini album „In The Sign Of Evil”. Już słyszę Wasze narzekanie, że poszli śladami Dimmu Borgir. Ale, ale – po pierwsze, w tym roku przypada jubileusz ćwierćwiecza zespołu (chłopaki grają dłużej niż niektórzy z Was żyją, mnie nie wyłączając, hehe). Po drugie – sprawa wygląda tak – „In The Sign Of Evil” początkowo, w 1984 roku, miało być pełną płytą, ale że życie jest ciulowe i różnie się układa, to wyszła z tego jedynie epka. A reszta utworów, które się na niej nie znalazły, przeleżały 23 lata w szufladzie. Aż do teraz, kiedy to zespół postanowił nagrać całość ponownie. I to w składzie z tamtego okresu, czyli z Witchhunterem i Grave Violatorem.

Każdy sodomita wie, co znajduje się na „In The Sign Of Evil”. Otóż „The Final Sign Of Evil” wzbogacona jest jak już mówiłem o dodatkowe 7 utworów. Nie odbiegają one jednak od tych które znamy, ni to pod względem liryków, ni to pod względem muzyki zawartej nań. Szaleńczy, chamski, thrash metal, nic dodać nic ująć. Prymitywizm, pokazujący wielkie „fuck off” w stronę wszystkich zadumanych i pogmatwanych zespołów, które pewno same zastanawiają się, o co chodzi w ich muzie. Szczerość, bijąca w ryj i nieprzejmująca się konwenansami, w odróżnieniu od tych wszystkich kapelek, kalkulujących jak nagrać to czy tamto, by wytwórnia była zadowolona. Agresja, buchająca z głośników, jakiej nie ma dziesięć tysięcy metal core’owych popłuczyn. Tylko tyle i aż tyle. Bo dziś, w zalewie miliona płyt, które albo na siłę próbują być oryginalne, albo są kalką kalki, Sodom, przy całym anachronizmie dźwięków zawartych na „The Finl Sign Of Evil” wypada nad wyraz świeżo. Takiej muzyki chce się słuchać. Głowa sama się kiwa, nogi wybijają rytm, piwo smakuje wybornie i nagle wszystko schodzi na dalszy plan. Oto czuje się, że obcuje się w 100% metalowym ścierwem, pieprzonym manifestem metalowego stylu życia. No bo w końcu Tom, przeciwnie do wielu muzyków z jego pokolenia, nadal robi to samo, przez co zyskuje niekłamany szacunek ze strony maniaków. I dam sobie obie ręce uciąć, że gdybym puścił ten krążek pierwszemu lepszemu metal core’owcowi, ba – metaluchowi w koszulce Children Of Bodom, śliniącemu się ze swoją panną w kącie podczas koncertu, to wyrwałoby go z butów, wychlastało po mordzie i napluło do kufla. Sodom ma „great, dirty, big balls” jak to swego czasu śpiewał Bon Scott. A ta płyta sprawiła mi niekłamaną przyjemność.

„The Final Sign Of Evil” długo nie opuści mojego odtwarzacza, podobnie, jak było w przypadku gdy poznałem „In The Sign Of Evil”, no bo w końcu klasa ta sama, mimo 25 lat stażu. I nie pozostaje nam nic innego, jak wychylić szybko pięćdziesiątkę wódki, popić piwem i wykrzyczeć za Angelripperem „Sodom! We Are Sodom! Wildfire Sodom!”. Za ich zdrowie!

Ocena: 10/10

Tracklist:

1. The Sin of Sodom
2. Blasphemer
3. Bloody Corpse
4. Witching Metal
5. Sons of Hell
6. Burst Command ‚Til War
7. Where Angels Die
8. Sepulchral Voice
9. Hatred of The Gods
10. Ashes To Ashes
11. Outbreak of Evil
12. Defloration
Autor

10876 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *