Wydawca: Let Them Come 

No to trafił do mnie album daleki od moich muzycznych gustów, bardzo daleki. Ale twardym trza być, skoro ślą, to trzeba być sumiennym i opisać zgodnie z prawdą. A prawda może czasem boleć.

Kapela zwie się Sinphonicon i już samo to powinno dać Wam sporo do myślenia. Nie wiem, czy „Nemesis Ablaze” to debiut, czy któraś tam płyta z kolei. Nawet jeśli byłaby to ich czwarta produkcja, nie chcę sprawdzać wcześniejszych, bowiem „Nemesis Ablaze” zawiera muzykę, która do mnie nie przemawia. Symfoniczny black metal. Wzniosły jak msza za ojczyznę i tak samo dla mnie nudny. Oczywiście od razu da się usłyszeć, że osoba stojąca za sferą kompozycyjną znajduje się pod silnym wpływem Dimmu Borgir, Cradle Of Filth (ale tylko chwilami) czy ostatnim krążkiem Emperor (niestety też tylko chwilami) i soundtrackiem z „Omen” na dokładkę. Klawisze, orkiestracje, wszędzie tego pełno, wszędzie jest wzniośle i wyniośle. Aż ma się wrażenie, że muzyce tego zespołu nie chodzą, tylko kroczą, nie mówią, lecz przemawiają i nie patrzą, tylko przenikają wzrokiem. Oczywiście, można by doceniać wszystkie te górnolotne momenty, ale po co? Do mnie to nie przemawia ani trochę, pomimo świetnej, kryształowej produkcji, pomimo wszystkich zabiegów mających potęgować rozmach. Kojarzy mi się cały ten album z rozmachem, jakim w kinie polskim cechują się produkcje historyczne – wiele hałasu o nic.

Oczywiście, jest to moja wersja spojrzenia na ten album i nikomu nie bronię się nim zachwycać. Jednak jak dla mnie, jest to strata czasu na obcowanie z produkcjami pokroju Sinphonicon. Idzie w odstawkę.

Ocena: 5/10

Tracklist:
01. Genesis of Corruption
02. Let the Light Prevail
03. His Name Is Revenge
04. Echos 05:18
05. Arrival of Alastor
06. Fall of Purity
07. Bleeding Sky
08. Legion Arise
09. Nemesis Ablaze
10. Silence (Outro)