Wydawca: Season Of Mist

W historii muzyki mamy powroty i powroty. Te pierwsze są be, te drugie cacy. Dziś zajmiemy się powrotem z tej drugiej grupy. Proszę państwa, proszę wstać – Septicflesh.

Grecy rozpadli się po nagraniu świetnej „Sumerian Daemons”. Trzeba było czekać pięć pierdolonych lat, na to, aż znów powrócą do świata żywych. Ale rezurekcja ta jest nad wyraz wyśmienita, bo powracają z nie byle jakim albumem. „Communion” to płyta tak dojrzałą, tak potężna, że już się zastanawiam, jak oni ją przeskoczą przy okazji następnej płyty. Od razu Wam powiem, że jest to płyta wielka. Ja jestem przy niej o, taki malusi. Septicflesh (tak, lekka modyfikacja nazwy, a nie mój błąd) prokuruje dźwięki, o których większość dzisiejszych kapel aspirujących do grania black’u może jedynie pomarzyć i to tylko, jeśli są dość ambitne. Może zabrzmi to jak jakaś naiwna wypocina czternastolatka, który po przeczytaniu dwóch egzemplarzy „Metal Hammera” zapragnie zostać dziennikarzyną, ale co tam – ta płyta jest mroczna, jest niespokojna, że aż ciary przechodzą. Gdzieś zasłyszałem, że Septicflesh próbuje naśladować Dimmu Borgir z powodu tych wszystkich orkiestracji. Cóż, ludzka indolencja jest raczej nieuleczalna, ale ze słuchem można jeszcze próbować. Owszem, orkiestracje na „Communion” są wybitne, ale w ogóle nie brzmią jak te z płyt Burgerkinga. Ja bym je raczej porównał do kilku znanych i lubianych soundtracków (zwłaszcza do nieśmiertelnego „Omen”) – posłuchajcie tych motywów w „Babel’s Gate”. A potem śmiało powiedzcie, że o to słyszeliście prawdziwie wzniosłą i ponura symfonię. Oczywiście „Communion” to płyta metalowa, ale te wszystkie wtręty, klasyczne motywy i im podobne są jej integralną częścią. Jest tu agresja, jest tu moc. Growle, często bardzo brutalne współgrają w stu procentach z czystymi wokalami, bardziej melodyjnymi, lecz wcale nie pośledniejszymi przez to. Niech przykładem będzie tu „Sunlight/Moonlight” – jeden z lżejszych utworów na krążku. Choć powiem Wam, że nie można wskazać jednego utworu i krzyknąć, że ten właśnie jest tym najlepszym. „Communion” jest wielką układanką, w której wszystkie elementy są równie ważne, tworzące jedność. Nie wyobrażam sobie go bez wokali Seth’a, orkiestrowych aranżacji czy bębnowych popisów Fotisa (polecam znów posłuchać „Babel’s Gate”, zrozumiecie o czym mówię). Bez wstępu do „Sangreal” również go sobie nie wyobrażam. Chcecie wiedzieć, w którym momencie płyta przybiera na mocy? W tym, w którym wciśniecie Play. „Communion” nie ma dla mnie w tym momencie słabych momentów. Ostatnio podniecałem się w ten sposób tylko krążkiem In Tha Umbra, teraz doszedł doń Septicflesh. To jest właśnie muzyczny artyzm.

Exegi Monumentum Aare Perennius… Tak, Septicflesh również. Pomnikiem jest właśnie „Communion”. I muzycznym Olimpem.

Ocena: 6/6

Tracklist:

1. Lovecraft’s Death
2. Anubis
3. Communion
4. Babel’s Gate
5. We, The Gods
6. Sunlight/Moonlight
7. Persepolis
8. Sangreal
9. Narcissus