Secrets of the Moon „Sun”

Secrets of the Moon SunWydawca: Lupus Lounge

O ile, za młodego kuca mnie takie granie średnio kręciło, bo było smutne (czytaj: pedalskie), tak dziś jestem już zdecydowanie odmiennego zdania. Zdecydowanie chętniej robię sobie wycieczki poza sztywne jak gwoździe w pieszczosze ramy metalu i sobie szukam. A tu nawet szukać nie musiałem, samo przyszło.

No tak, nie jestem może die hardem Secrets of the Moon, ale po odsłuchu najnowszej płyty tego zespół, to jest „Sun” stwierdzam, że mogę mieć ku temu pewne predyspozycje. Poprzednia podobała mi się, swego czasu gęsto ją katowałem. Ale najnowszy krążek to jest mocne wysunięcie się na pozycję lidera w smutnym, szarym graniu. W międzyczasie zaś prowadzę dyskusję z dwoma panami, których muzykę bardzo cenię, a tematem jest właśnie „Sun”. I w zasadzie mogę ich zacytować, bo wiedzą co mówią, a mi się zrobił akurat taki patent na recenzję. Artysta S. powiedział o otwierającym całość „No More Colours”, że ma genialny tekst, genialną muzykę i jest genialna – jak cały krążek. Artysta A. natomiast potwierdził co do tego numeru, że jak wchodzi końcowy fragment to ma ciarki, po czym gładko przeszedł do opisu numeru „Man Behind the Sun”, sugerując, bardzo zresztą trafnie, że powinno się im dać Nobla. Przytaknął mu artysta S., iż na „Sun” jest o wiele więcej patentów, które wrzynają się w głowę. Stwierdził też, z czym zgadzam się bezgranicznie, iż nie da się udawać takich emocji w tych piosenkach i w tym samym zdaniu posunął się do kasandrycznej przepowiedni, iż w Secrets of the Moon spodziewać się można kolejnych aktów suicydalnych. Następnie zgodnie w trzech stwierdziliśmy, że nie jest to muzyka do słuchania na siłowni (empirycznie stwierdzono to podczas robienia klaty i barków). Następnie rozmowa zeszła na głupoty, więc dokończę już sam, a kolegom artystom dziękuję przępięknie. Faktem jest, że Secrets of the Moon na szóstym albumie zawarło olbrzymi ładunek negatywnych, pełnych smutku emocji. Doskonale podkreślanych przez wokal sG – chwilami gość brzmi cholernie desperacko, nie chcielibyście mu dać ostrego przedmiotu w dłoń… Zwłaszcza gdy posłuchacie o czym i jak śpiewa… Przy tym albumie macie permanentne dreszcze. To już dawno nie jest black metal, choć ślad pozostał… Inspiracji tutaj multum – jeśli pomyślicie teraz o jakimś pełnym smutku utworze czy albumie to możecie być pewni, że jakieś odniesienia będzie można znaleźć na tym krążku, bo znajdziecie tu i rzeczy a’la Fields of the Nephilim, a’la Joy Division, a’la cold wave, ale też i inne rzeczy, nie koniecznie metalowe/ciężkie… Choć może znajdą się i tacy dla których będzie to tylko zżyna z Katatonii, bo i takie rzeczy słyszałem. Co jest niesprawiedliwe, bo tutaj jest tyle smaczków, tyle ukrytych przejść i korytarzy, których wcześniej nie zauważyliście… Uwielbiam takie płyty, które odkrywa się jeszcze długo po pierwszym przesłuchaniu, które jeszcze w pół roku, rok, pięć lat po tym pierwszym odsłuchu nadal przynoszą Wam ciary jak za tym pierwszym razem.

Podsumowując tę przydługą recenzję – „Sun” polecam każdemu. Bez wyjątków. Przy takich albumach warto jest być smutnym i mieć flaszkę pod ręką.

Ocena: 9/10

Tracklist:

1. No More Colours
2. Dirty Black
3. Man Behind the Sun
4. Hole
5. Here Lies the Sun
6. I Took the Sky Away
7. Mark of Cain
Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

  • Zżynać trzeba umieć. Oni umieją. Dobry album, ale ciut za dużo tych „pożyczonych” dźwięków. Słychać Fields of the Nephilim, Pink Floyd, Anathema. Zwłaszcza w „Hole”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *