Wydawca: Iron Bonehead Productions

Na fali zainteresowanie kapelą o nazwie Light of the Morning Star zajarana redakcja Chaosa postanowiła przekopać Internet w poszukiwaniu czegoś w podobnym klimacie.

Wykopaliska te poskutkowały znalezieniem tworu o nazwie Rope Sect, którego debiutanckie dzieło zatytułowane „Personae Ingratae” będzie dziś brane do tablicy. W zasadzie to niewiele wiadomo o tej kapeli. Pewne jest, że Iron Bonehead wyda tę płytę na ściśle limitowanym winylu i to tyle. Teraz, co to za muzyka… Trudne zadanie przede mną. Pierwsze skojarzenia to Beastmilk. Celowo nie napisałem Grave Pleasures, bo bardziej kołacze mi w głowie „Climax” niż „Dreamcrash”. Tak więc sporo tu post punka i rocka. Można też doszukiwać się dalszych inspiracji amerykańskimi bardami spod znaku flaszki whisky, papierosa i gitary. Nie sposób pominąć tu elementy gotyku, ale nie tego dla dzieci i homoseksualistów tylko tego „prawdziwego” w postaci choćby Fields Of The Nephilim. Słychać, więc na „Personae Ingratae” naprawdę bardzo szerokie spektrum zainteresowań muzyków. Z tych elementów, które wymieniłem wcześniej, czerpane są dźwięki, które mają stworzyć klimat. Jak? Smutny, wisielczy, przygnębiający. Uchodzę za osobę dość wesołą, ale słuchając tego wydawnictwa, faktycznie żyć się odechciewa. Utwory są tak przygnębiające i smutne, że ktoś z depresją to nawet nie powinien koło nich przechodzić. Ten klimat jest wszechogarniający i dlatego ta płyta jest tak świetna. Słucha się jej doskonale, płynie się w tej rzece przygnębienia i najgorsze jest to, że nie ma się ochoty wychodzić.

Mnie to wydawnictwo wciągnęło niesamowicie. Jak narkotyk: bez codziennej dawki „Personae Ingratae” ciężko mi funkcjonować. Obym nie musiał niedługo umawiać się na wizytę u psychiatry…

Ocena: 9,5/10