Wydawca: Comatose Music

A teraz coś z zupełnie innej beczki. W beczce tej sporo flaczków, szczątków poaborcyjnych, odpadów szpitalnych, rozłożonych zwierząt. Jednym słowem – patologia.

A konkretnie Pathology, amerykański ansambl parający się brutalnym death metalem. Ja to różnie z tą muzyką, musi mieć coś naprawdę pierdolnięcie, żebym to docenił. Szczęśliwie Pathology ma. Nie wiem jak oni to kurwa robią, ale wałkuję „Pathology” już od kilkunastu dni i po pierwsze – wcale mi się nie nudzi, po drugie – za każdym razem jestem rozjebany w drobny mak. Albo raczej wwałkowany w ziemię, zdarty z posadzki, wrzucony do maszynki na mięso i przemielony razem z tym całym syfem, który się walał pod nogami. Kwartet z San Diego tak potrafi ułożyć te kompozycję, że jestem naprawdę pod wrażeniem. Może przez to, że paradoksalnie w tym brutal death metalu nie ma niczego przesadzonego – wokal Matti Waya pomimo że z grubsza świniakuje to nie popada w groteskę – jest kurewsko brutalny i głęboki, ale nie jest śmieszny czy żałosny. Struktura utworów pomimo że oparta o dobrze znane schematy – mnie bardzo podchodzi. Kapela nie skupia się na pojebanych zmianach tempa, melodii i trzech tysięcy dwunastu riffów na miutę – raczej stawiają na brutalność, morderczy groove i skuteczność. Słuchając „Pathology” mam wrażenie jakby wciągał mnie rozdrabniacz do pozostałości w zlewie (sam nie mam takiego, ale wiem, że mają takie na filmach i zawsze o takim marzyłem). No kurwa, sporo hałasu a potem pozostaje tylko zbryzgany krwią zlew. Pasuje mi to, pasuje mi to cholernie.

Z jednej strony – brutal death metalowa płyta jakich wiele. Z drugiej jednak nie – o ile trzy czwarte płyt z taką muzyką totalnie mnie nudzi, lub w najlepszym wypadku po mnie spływa, o tyle „Pathology” naprawdę mi się spodobało. Nie spodziewaliście się takiej oceny, co?

Ocena: 9/10

Tracklist:

1. Lamentation  
2. Dolorous  
3. Litany  
4. Servitors  
5. Dissevered  
6. Putrescent  
7. Doth  
8. Shudder  
9. Opprobrium  
10. Vermilion