Kontakt: Obsidian Kingdom

Obsidian Kingdom pochodzi proszę ja Was z Hiszpanii, czyli kraju, gdzie chętnie znalazłbym się w okresie od paździenika do kwietnia. Bo ja nie jestem prawdziwy, podobnie jak Obisidian Kingdom.

Oczywiście jak na black metalowe standardy. „3:11” to bowiem w założeniu black metal, ale o bardzo eksperymentalnej, progresywnej konstrukcji. Puryści w ogóle nie nazwą tego black metalem. Rozpoczyna się riffem, który bardziej kojarzy mi się z jakimiś post metalowymi zespołami, po nim wchodzi faktycznie z lekka blackująca stylistyka, by po chwili powrócił wspomniany riff i czysty wokal. Bardzo to połamana muzyka, przy czym numer otwierający i tak jest w miarę przystępny. Więcej zmian mamy w numerze drugim, gdzie muzyka chwilami ociera się nawet o death metal z gatunku melodyjnych. Ale wiecie, jak się ma dziewięciominutowe kawałki, to coś tam siłą rzeczy w nich musi (lub przynajmniej powinno) się dziać. No i dzieje się, jednak jakoś nie mogę się do tego krążka przekonać. Już pewnie z pół roku znajduje się w kolejce do recenzji i w końcu się za niego zabrałem, mimo to, nadal nie znajduję przyjemności w obcowaniu z tym albumem. Słychać, że panowie mają smykałkę do komponowania długich i rozbudowanych utworów, że ich umiejętności nie pozostawiają złudzeń co do wysokiego poziomu, ale – jak mawiają mądrzy ludzie – buta nie zjesz, sznurówki nie wysrasz – nie przemawia do mnie propozycja Obidisian Kingdom.

Ocenę, jak zwykle zrobię pod siebie, co nie znaczy, że komuś lubiącemu poszukiwania nowych rozwiązań nie spodoba się „3:11”. Mnie to nudzi po prostu i nie porywa, wole już nawet małooryginalnie, ale z jajami.

Ocena: 5,5/10

Tracklist:

01. Pray

02. Maze

03. Solitude