Non Opus Dei „Diabeł”

Non Opus Dei DiabełWydawca: Witching Hour Productions

I ponownie mam do czynienia z krążkiem, na który czekałem obgryzając paznokcie z niecierpliwości, z duszą na ramieniu i w olbrzymim napięciu. I kolejny już raz (jebany szczęściarz ze mnie) okazało się, że było na co czekać.

Bo Non Opus Dei, o którym teraz mowa, nagrało chyba swój najlepszy krążek w karierze. Wiadomo, każdy zespół tak twierdzi o swoim najnowszym dziele. Nie zawsze jednak recenzenci się z tym zgadzają. Tym razem werdykt jest jednogłośny. „Diabeł” to bezsprzecznie ich najlepsza płyta. Klimorh i spółka zawarli na nim esencję Non Opus Dei – przede wszystkim świetne riffy, charakterystyczne dla tego zespołu. Każdy od razu to wyczuje, bowiem ten sposób komponowania bezsprzecznie jest domeną Olsztynian. Bez znaczenia tu jest, czy mówimy akurat o szybkim „Milk of Toads”, czy wolniejszym „Władcy Ropuch”. Duch znany z wcześniejszych krążków unosi się również i nad „Diabłem”, ale mam wrażenie, że zespół poszedł tu o krok dalej, rozwijając pomysły na przykład w przypadku solówek, które wdzierają się w korę („Gold-FInding Hen, Kiss-Finding Whore” może być wzorem). Przy tym słuchacz targany jest niepokojem, o dźwięk, który czai się w kolejnej minucie czy w następnym numerze, ale do tego fani Non Opus Dei są już raczej przyzwyczajeni. Wydaje mi się również, że zespół jakby powrócił do stylistyki z „VI: The Satanachist Credo” czy „Quintessence”, a przynajmniej takie jest moje wrażenie. Jedynie może Klimorh ograniczył różnorodność jeśli chodzi o wokale, brakuje mi tu bowiem tych mocnych, bardziej zrozumiałych wokali, które bywały wtykane tu i tam na wcześniejszych krążkach Olsztynian. Mimo to wokale na „Diable” spełniają swoje zadanie – poza przekazywaniem tekstów one również są ważnym instrumentem, ostrym i precyzyjnym. Należy wspomnieć ponadto, że „Diabeł” to nie jest łatwy album, wymaga od słuchacza minimalnego skupienia, zanim człowiek przegryzie się przez jego pierwszą warstwę. Dlatego też ta recenzja nie pojawiła się w trzy dni po tym, jak otrzymałem promo, ani nawet w miesiąc po tym. Konieczność wielokrotnego odsłuchu nowego Non Opus Dei to jednak nie jest żmudna powinność, a raczej czysta przyjemność.

No i bicie się z myślami – czy dać maksymalną notę, czy jeszcze nie? Owszem, zdecydowanie dać! Tegoroczny mus dla maniaków inspirującego black metalu.

Ocena:10/10

Tracklist:

1. Milk of Toads
2. In the Angles of Her Sigil  
3. Władca ropuch  
4. Gold-Finding Hen, Kiss-Finding Whore  
5. The Other Side of the Mushroom  
6. Pustka twoja we mnie  
7. Trickster – Shapeshifter  
8. Plony  
9. Oko kruka, głowa anioła  
10. The Tenfold Gift

 

Autor

11345 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *