Nomad „The Independence of Observation Choice”

Wydawca: Empire Records

Z nowym opusem uderzył na początek lata polski Nomad. Zespół, który już od dłuższego czasu tuła się po naszym undergroundzie. W żadnej wytwórni nie zagrzał na dłużej miejsca. Teraz zasilił szeregi wytwórni Empire, pod skrzydłami której ukazał się właśnie „The Independence of Observation Choice (Luce Clarius)”. Zobaczmy więc, czy ta kooperacja wyszła kapeli i słuchaczom na dobre.

Na początek okładka. Kiepściutka. I już nawet nie chodzi o to, iż nie lubię okładek tego autora. Zazwyczaj nie są takie złe, tyle, że bardzo do siebie podobne. Niestety, ta dla nowej płyty Nomad jest po prostu cienka, nawet jeśli chodzi o wykonanie. Nie podoba mi się i już. Zwłaszcza w porównaniu do dwóch wcześniejszych albumów. Ale nie oceniajmy książki po okładce, mimo, że tak jest wygodniej. A tak na marginesie, to coś mi się wydaje, że rozpiska utworów jest spieprzona, bo wymienionych mamy osiem utworów, a na wyświetlaczu pokazuje mi się dwanaście. Cudowne rozmnożenie? Nie, po prostu nie uwzględniono tu introsów.

Nie od dziś wiadomo, że muzyka Nomad to death metal na wysokim poziomie. I tą płytą chłopcy z Opoczna trzymają fason, bo nagrali kawał solidnej muzyki. Szybkie tempa, riffy, które przetaczają się przez album jak huragan są jej plusem. Następują one gładko po sobie, co jest miłe dla ucha, bo nie razi jakimiś nieprzemyślanymi załamaniami struktury poszczególnych utworów. „The Independence Choice Of Observation” jest zresztą zwartą płytą, mimo że sporo w niej przestrzeni, którą wypełniają między innymi bardzo dobre solówki w wykonaniu Bilmorgha – widać, że Nergal nie zaufał mu na słowo, ale było to efektem pokładów talentu, cechujących grę muzyka Nomad. Dzięki niemu do poszczególnych kawałków nie wkrada się nuda, więc wielkie brawa! A w takiej bezlitosnej napierdzielance nietrudno o zjadanie własnego ogona, czego na szczęście chłopcy na tej płytce starają się unikać. Poza tym riffy zawarte na „The Independence…” są chwilami naprawdę świetne. Widać, że podczas trzyletniej przerwy Nomad nie próżnował, nie pił w kanciapie zamiast odbywać próby, tylko ostro szlifował nowe numery. Oprócz muzyki uwagę zwraca również wokal Balberitha, który zrezygnował z wyższych rejestrów i od początku do końca jedzie brutalnym growlem. Do całości dodano jeszcze cover zespołu, lekko już przykurzonego, co nie znaczy, że kiepskiego, a mianowicie boskich milano italiano z Buldozer, hehe. I powiem, że w wykonaniu Nomad ten dwudziestoletni kawałek wypadł bardzo dobrze.

„The Independence Choice of Observation” w moim przekonaniu wypada naprawdę nieźle, za co Nomad należy się może nie dziki standing ovation, ale na pewno gromkie brawa. Jeśli każda płyta, która ukazuje się nakładem wytwórni Mariusza Kmiołka, była na takim poziomie, jak opisywane teraz wydawnictwo, to wróżę jego biznesowi dużych sukcesów.

Ocena: 7,5/10

Tracklist:

1. Liberation (Intro)
2. The Slanderer
3. Dies Irae (The Day of Wrath)
4. The Independence of Observation Choice
5. The Well of Sorrow (Intro)
6. My True Home
7. To Burn at Dawn
8. The Last True Words of Christ (Intro)
9. I’m Waiting for the Wind
10. Rotten Song (Intro)
11. Funeral on the Scaffold of Dreams
12. IX (Bulldozer cover)
Autor

10395 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *