Nomad Son „First Light”

Wydawca: Metal On Metal Records

Dotychczas Malta kojarzyła mi się z wyjątkową sytuacją na jej arenie politycznej i kto się interesuje systemami wyborczymi, ten wie o co chodzi. Jeśli ktoś zaś interesuje się doom metalem, tego zachęcam do dalszej części recenzji.

Zespołem, który ma szansę zmienić moje skojarzenia względem Malty jest pochodzący właśnie z tego państwa Nomad Son. Panowie nie tak dawno połączyli swoje siły i bez żadnych zbędnych ceregieli nagrali debiutancki album – „First Light”, który miał swą premierę niecałe dwa miesiące temu. Ku mojej uciesze – dodam – gdyż jest to płyta będąca pod silnym wpływem takich formacji jak Black Sabbath, Pentagram czy Candlemass. Krótko rzecz ujmując – pełnowartościowy, soczysty doom metal! Na tym można by zakończyć, lecz Nomad Son zasługuje na więcej uwagi. Wręcz nie sposób im jej odmówić, gdyż już od pierwszego dźwięku, ciężkiego niczym kowalski młot, który spada na nas wraz z początkiem „Forever Twilight”, czułem podskórnie, że oto obcuję nie z byle czym. Naprawdę ciężkie i wolne (zazwyczaj) gitary, wspierane przez organy Hammonda (fuckin’ yeah!!!) po chwili przyspieszają, cały czas kojarząc mi się z Black Sabbath. I dobrze, bo nie od dziś wiadomo, że jeśli tylko muzyka zawarta na krążku porywa, to brak oryginalności mi nie przeszkadza. Dlatego też Nomad Son łykam na raz, bez najmniejszego skrzywienia. Nie okłamię Was, jeśli powiem, iż w pierwszym tygodniu odsłuchiwania „First Light” pojawiło się w moim odtwarzaczu circa pięćdziesiąt razy. Ale nie mogło być inaczej, skoro taki „Shallow Grave” z tym niesamowitym refrenem, który ciągnie się za człowiekiem całymi dniami, potężną sekcją i niespokojnym klimatem, przygniata mnie swoim ciężarem, niczym zawodnik sumo anorektyczną modelkę podczas stosunku. I nie wiem, co czuć może w tej hipotetycznej sytuacji rzeczona kobieta, ale mnie jest przyjemnie, hehe. Poza tym „First Light” nie ma prawa się Wam znudzić, bo jeśli nie skupiacie się aktualnie na gęstych, sabbathowych riffach, to zachwycacie się warsztatem wokalisty, bo Jordan ma naprawdę się czym pochwalić. Do tego dochodzą zajebiste hammondowskie motywy oraz bezbłędna gra perkusisty, który okłada zestaw niczym Bill Ward za dobrych lat. Pełna dramaturgii płyta i to pod każdym względem. Dla mnie bomba. A na koniec dostajemy piękną balladkę, inspirowaną niczym innym jak „Planet Caravan”. Mi naprawdę więcej do szczęścia nie trzeba.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem „First Light”, uklęknąłem. I po wielu, wielu przesłuchaniach, wciąż tkwię w tej pozycji. Myślę zresztą, że nie ja jeden. Olbrzymie brawa!

Ocena: 5,5(mocne)/6

Tracklist:

1. Forever Twilight
2. Shallow Grave
3. Seven Notes In Black
4. Delirium
5. At The Thresholds Of Consciousness
6. The Wraith
7. Empyrean Fade
8. The Light At The End

Autor

9904 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *