Wydawca: Totenmusik

Chyba każdy miał coś takiego jak pierwsze zauroczenia, a potem rozczarowanie. Macie smak na zapiekankę, kupujecie, pyszna, a na następny dzień sraka. Poznajecie zajebistą laskę, idziecie do niej na chatę, a tu się okazuje, że ona myślała, że wy tylko na kawkę, a z ruchania nici, bo podpisana krucjata do ślubu. Można na siłę, ale wiadomo… I za taksę też nam nikt nie wróci hehe.

Rozczarowania i zawód – proza codziennej egzystencji. Takie sytuacje zdarzają się też i w świecie muzyki. Weźmy na przykład debiut niemieckiego zespołu Morast zatytułowany „Ancestral Void”. Gdy usłyszałem numer promujący pytę, czyli „Crescent” to mi aż kapcie spadły. Świetne riffy, zajebisty wokal, naprawdę pomysłowy black metal niepozbawiony ducha starej szkoły. Byłem podjadany jak cholera, gdy w moje łapy wpadło promo tego materiału. Wciskam „play”, leci pierwszy, znany mi już numer. Jaram się. Okazuje się jednak, że zajmuję się czymś innym, moje myśli uciekają od muzyki i płyta przelatuje mi w tle. Kolejne próby: to samo. Nie, żeby to był totalnie bezwartościowy materiał, ale wieje z niego nudą. Kompozycje rozwijają się powoli i nieraz kawałek potrafi znudzić, zanim zacznie się na dobre. Na płycie jest naprawdę sporo zajebistych riffów, ale są one otoczone nieciekawymi aranżacjami, skutkiem czego się gubią i trudno je odnaleźć.

Kurwa mam pewne wyrzuty sumienia, że tak jebie tę płytę. Nie opuszcza mnie wrażenie, że przesadzam i się czepiam. Może wstałem lewą nogą, może mnie boli głowa i dlatego mam zły humor. Ale wczoraj, przedwczoraj, przed przedwczoraj miałbym to samo… Nie sądzę…

Ocena : 6/10

Tracklist:

1. Crescent
2. Forlorn
3. Sakkryfyced
4. Loss
5. Compulsion
6. Ancestral Void