Metallica „Death Magnetic”

Wydawca: Warner Bros.

Rzadko udaje się mnie zaskoczyć jakąś płytą, zwłaszcza jeśli nachalnie reklamuje się ją, jako cudo nie z tej ziemi, mus i jajaurywający dokorzeniwracający materiał. Ale w przypadku „Death Magnetic” przyznaję – tego się absolutnie nie spodziewałem.

Ta recenzja w ogóle pewnie by się nie ukazała na szacownych łamach ChaosVault.com, gdyby nie to, iż ostatni album Metallica okazał się takim gównem jak „St. Anger”. Przed premierą zewsząd było słychać głosy o powrocie ekipy do korzeni. Okazuje się, iż nie było to aż tak przesadzone, bo coś w tym rzeczywiście jest. Płyta rozpoczyna się biciem serca (wiadomo, że panowie z Metalliki są już w wieku, kiedy na takie rzeczy powinno się zwracać większą uwagę, hehe). To „That Was Just Your Life”. I wiecie co? Metallica znów zaczęła grać thrash metal. Mokrym snem gimnazjalisty będzie oczywiście powrót do takich monumentów jak „Ride The Lightning”, ale i tak jest dobrze. Jest tu energia, melodyjny i szybki refren… I przede wszystkim są solówki. Od razu słychać mistrza Kirka. Brzmienie też niczego sobie – brudnawe, lekko chropowate. James pokazuje, iż demencja starcza jeszcze mu nie groźna i wciąż jednak pamięta jak śpiewa się z finezją i agresją. Echa niedawnej twórczości pobrzmiewają jeszcze na przykład fragmentami w „The End of the Line”, ale z kolei już inne fragmenty tego samego utworu trącą… „Kill’em All”. Podobnie w „The Day That Never Comes”, który z ballady (naprawdę niezłej, lekko wzorowanej na „One”, pisanej jakby pod Larsa) przechodzi w finale w dziki thrashowy utwór. Dodatkowo Metallica puszcza słuchaczowi oko, gdyż spokojnie wyłapać tu można cytaty z „(Anesthesia) Pulling Teeth”. Bębny na całym „Death Magnetic” brzmią generalnie dość surowo. Generalnie też echa debiutu słychać na całym albumie, głównie dzięki gęstemu riffowaniu i dynamice, jaką charakteryzował się taki „The Four Horsemen” czy „Phantom Lord”. Jak dla mnie lekkim niewypałem jest natomiast „Unforgiven III”, która muzycznie nie ma nic wspólnego ze starszymi imiennikami, zaś wokal Hetfielda momentami nachalnie, niczym świadek Jehowy, kojarzy mi się z idolem zbuntowanych nastolatków z para punkowego Green Day. No ale na listy przebojów jak znalazł. Broni się za to, zagrany w stylu nowszej Metalliki, „Cyanide” czy dwa ostatnie kawałki na płycie. A jeśli mnie spytacie o najlepszy utwór to moim zdaniem jest to „All Nightmare Long”, choć może się to zmienić, bo ogólnie płyta spodobała mi się bardzo. Szorstkie brzmienie, młodzieńcza witalność – oby to nie był skok adrenaliny przed zgonem.

Pozytywne zaskoczenie w przypadku zespołu, który skreśliło się dwanaście lat temu to dużo. I choć Metallica i ich najnowsze dzieło są w tyle za Exodus czy Testament (by wymienić starą gwardię) to będę pozer i powiem i tak, że jest bardzo dobrze. Polecam.

Ocena: 5/6

Tracklist:

1. That Was Just Your Life
2. The End of the Line
3. Broken, Beat & Scarred
4. The Day That Never Comes
5. All Nightmare Long
6. Cyanide
7. The Unforgiven III
8. The Judas Kiss
9. Suicide & Redemption
10. My Apocalypse
Autor

10013 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *