Megasus „Megasus”

Wydawca: 20 Buck Spin Records

Poranną ciszę przerwali mi dziś drwale XXI wieku, z gatunku tych, co przychodzą o 6:30 rano pod Wasze okna i rżną wszystkie drzewa. Skoro już mnie obudzili, stwierdziłem, że i ja się społeczności sąsiedzkiej odwdzięczę. Pod ręką była ta płyta.

Debiut Megasus zowie się po prostu „Megasus”, ale z muzyką już tak prosto nie ma. To znaczy jeszcze zależy co dla kogo jest trudne i niezjadliwe. Ja akurat z doom/sludge metalem problemów nie mam, ochoczo więc podkręciłem potencjometr, aby i sąsiedzi się oswoili. I tak razem jak jedna wielka rodzina słuchaliśmy płyty Amerykanów. Nie wiem jak reszcie lokatorów, ale mnie „Megasus” się spodobał. Przede wszystkim dlatego, że zajebiście lubię Electric Wizard, a to z ich twórczością kojarzy mi się „Megasus”. I już nie chodzi mi tu o muzykę, bo o tej później, ile o duszny, zadymiony klimat tego krążka. Brzmienie jest zapiaszczone, mnóstwo tu sprzężeń, czasem coś zabuczy, czasem zapiszczy. Choć faktycznie, otwierający całość „Ten Kingdoms” ma sporo wspólnego z Black Sabbath czy grupą Jusa Osborna – chwytliwa melodia przykryta masą sprzężeń. I może nie ma ona odpowiedniego ciężaru z powodu rozwiązań produkcji, ale i tak przytłacza słuchacza. Bez żądnej przerwy przechodzi w kawałek tytułowy, bardzo rytmiczny, z ciekawymi partiami perkusji (jak i zresztą na całym albumie – nie powinno to dziwić, bo gość terminuje w ponoć legendarnym noisowym Lightning Bolt). Do tego gdy wokalista drze się do mikrofonu „Megasus” to naprawdę czuć w tym jakąś pierwotną dzikość. Następny „Swords” to najdłuższy utwór na debiucie Megasus, z gęsto powtarzanym riffem, przez co nabiera lekko… hmmm… rytualnych cech? Może nie brzmi to jakoś bardzo jasno, bo oczywiście sami musicie tego posłuchać, niemniej jednak tak to odbieram. Bardzo zakręcona muza, ale wciąga tak, że nawet nie wiecie kiedy mija siedem i pół minuty w tym numerze. To zresztą się odnosi do całego albumu. „Hexes/Szaadek” zaczyna się surowym napieprzaniem w bębny i jednostajnym riffowaniem, przerwanym przez krzyk gardłowego – zdecydowanie najszybsza i najdziksza kompozycja Amerykanów. Zadziorny „Paladin vs Berserker” również powala grą bębniarza – gość jest zajebisty, do tego dochodzi jeszcze rzężenie gitar i mamy numer – perełkę. Przedostatni numer znów kojarzy mi się z Elektrycznym Czarodziejem – wolna, lejąca się muzyka plus wokal przepuszczony chyba przez jakiś efekt. Zamykający płytę „Iron Mountain” jest bardzo zbliżony stylistycznie do poprzednika, ale jakoś tak jakby się dłużył, no albo to taki zabieg kompozycyjny. Bardzo możliwe.

Cóż, po porannej sesji nikt z sąsiadów nie przyszedł na skargę, więc im również się pewnie podobało (zresztą przypuszczałem, że ta miła staruszka coś wciąga, a to na parapecie to nie paprotka, hehe). Myślę, że ten debiut nie będzie się kurzył na półce. Bardzo dobry album, może jeszcze nie wybitny, ale przypuszczam, że i na taki przyjdzie czas w przypadku Megasus.

Ocena: 8,5/10

Tracklist:

1. Ten Kingdoms
2. Megasus
3. Swords
4. Hexes/Szaadek
5. Paladin vs Berserker
6. Red Lottery
7. Iron Mountain


Autor

11487 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *