Manes „How The World Came to an End”

Wydawca: Candlelight Records

Z nazwą Manes już się kiedyś spotkałem. Z muzyką jeszcze nie miałem okazji. Z tego co mi wiadomo, na przestrzeni lat bardzo ona ewoluowała, ja jednak nie jestem obciążony wcześniejszymi dokonaniami tego bandu – ostatnie dzieło muszę więc zrecenzować w oderwaniu od poprzednich albumów. Zresztą, dźwięki zawarte na „How The Word Come To End” niechybnie najsprawniej przeanalizowałaby osoba obeznana w twórczości kapeli. Ale padło na mnie, ja zaś spróbuję się z tego wywiązać.

Manes gra muzykę szalenie eklektyczną, różnorodną, jej poszczególne fragmenty nieraz diametralnie różnią się od siebie. Najwyraźniejszym przykładem może tu być „Come To Pass” – elektroniczne Beaty i uwaga… hip hopowy wokal na przemian w języku francuskim i angielskim. Ale to tylko początek utworu, bo za chwilę wszystko przechodzi w transowe techno. Numery są pełne przeszkadzajek, szumów, elementów industrial, czy ambitne, ale też tradycyjnych gitar, zalatujących pod Katatonię. Nie siedzę na codzień w takiej muzie, więc może nie będę zabierał głosu, żeby nie zrobić z siebie kretyna przed maniakami takich dźwięków. Jak widać płyta jest bardzo złożona, jednak klamrą spinającą całość jest wszechobecny klimat przygnębienia, beznadziejności, depresji. Muzyka Manes jest aż duszna i wilgotna od ładunku negatywnych emocji, zamkniętych w kilkudziesięciu minutach. Polecam posłuchania tej płyty w ciemnym pokoju, z butelką wina pod ręką – wybornie! Klimat niczym z filmów Davida Lyncha, niezrozumiały, pełen niepokoju o to, co się za chwilę wydarzy. Zresztą nie tylko muzyka nie nastraja tu optymistycznie. Posłuchajcie tekstów śpiewanych przez Emila, jego bardzo emocjonalnym głosem. Tytuły mówią same za siebie: „I Watch You Fall”, „A Cancer In Our Midst”, „Nobody Wants The Truth”. Naprawdę, jeśli szukacie pocieszenia, ciepła, otuchy, to nie znajdziecie jej na „How The Word Come To An End”. Tu dopadnie Was jedynie depresja, desperacja, alienacja.

Manes zaserwował nam płytę trudną, przepełnioną zdehumanizowaną elektroniką, gdzie nie ma wielu elementów metalu. Ja, który normalnie nie fascynuję się takimi klimatami, uważam jednak „How…” za dobry album, który wciąga swą atmosferą. Nie wiem, może błędnie zrozumiałem przesłanie zespołu i nie mogę pojąć do końca uroku tej płyty, opisałem więc moje odczucia nią wywołane. A te są pozytywne, mimo całego pesymizmu, lejącego się z głośników, niczym krew z otwartych żył.

Ocena: 8/10

Tracklist:

1. Deeprooted
2. Come To Pass
3. I Watch You Fall
4. A Cancer In Our Midst (Plague One)
5. Last Lights
6. Nobody Wants The Truth
7. My Journal Of The Plague Years (Fuckmensch Warmensch)
8. The Cure-All
9. Transmigrant
10. Son Of Night Brother Of Sleep


Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *