Ze szwajcarskim Malphas nie miałem jeszcze przyjemności, zresztą z żadnym z bodajże czterech hordów o tej nazwie nie miałem przyjemności. Powiedzmy więc, że ci mnie będą rozdziewiczać niczym dzierlatkę na ołtarzu z kości.

Porównanie głupie, ale jak najbardziej adekwatne, bowiem pięciu muzyków, którzy stworzyli „Incantation” oddaje się klasycznemu czarnemu metalowi rodem z krwawo – gorejących lat dziewięćdziesiątych. W muzyce Malphas słychać wyraźne odniesienia do wczesnego Darkthrone, Enslaved i ogólnie norweskiej szkoły grania. Sporo fragmentów kojarzy mi się z polskimi produkcjami z tego okresu, głównie zaś z Behemoth z okresu tak do 1995 roku – zimne i surowe brzmienie, tnące, ale nie stroniące od melodii riffy, skrzeczący, lekko schowany za gitarami wokal. Niekiedy zespół zaskoczy lekko egzotyczną, thrash metalową solówką (jak na przykład wLeviathan), ale w większości dostajemy klasyczny i w ogóle nie odkrywający niczego nowego black metal. No cóż, nie jest to złe, erekcji przy tym też raczej nie doświadczycie. Jest to typowa black metalowa produkcja, która sprawia jakąś tam przyjemność gdy się ją słucha, ale już po wyłączeniu tęsknota w grę nie wchodzi.

I wiele więcej nawet nie powiem, bo to taki trochę album do odtworzenia trzy czy cztery razy i tyle. Nawet niewiele w głowie Wam po nim zostanie.

Ocena: 6/10