Malokarpatan “Stridžie dni”

Malokarpatan Stridžie dniWydawca: Invictus Productions

Ostatnio dość często błądzę po karpackich lasach i muszę powiedzieć, że dzieją się tam rzeczy co najmniej diaboliczne. Wycieczka w głąb owych kniei będzie trwała jeszcze długo, a to za sprawą debiutu Malokarpatan. Chętnie nadałabym tej wypocinie podniosły ton z racji tego jak cholernie siadł mi ten materiał, ale właściwie to po chuj, ekhem… Na wstępie dodam jeszcze tylko, że z powodu żywego zainteresowania i sporego sentymentu do ludowizny, nie mogę sobie tak po prostu przejść do oceny tego krążka. Szczerze powiedziawszy mam ochotę się nad nim spuścić i zacząć go dalej wałkować ze śliną cieknącą z ust. No, ale jak recka to recka. Mam być jakoś szczególnie rzetelna w ocenie, zdrowo sceptyczna, mówić tylko o nutkach, obiektywizm jako idea do której należy dążyć, ble, ble, ble. Otóż krytyka będzie na poziomie zerowym. Basta.

Fakty są takie, że nie mamy tu do czynienia z bandą przypadkowych chłystków. Panowie z Bratysławy mają na swoim koncie wyjątkowo udane eksperymenty – polecam choćby Remmirath. Ale nie o tym chciałam. Trochę o pierwszym wrażeniu: Malokarpatan zdarł mi pantalony. Wylazł zza krzaka jak jaka poczwara i począł płatać figle. Igraszki nie byle jakie. Psoty niezwykle przemyślane i świadome – wyjątkowo, gdyż dość często zdarza się tak, że sięganie w metalu do tematów narodowych kończy się stworzeniem czegoś co jest tak dalece niesmaczne, infantylne, żenujące i kiczowate, że opadające ręce są w takim przypadku reakcją zwykle niewystarczającą. Okazuje się jednak, że można zrobić w tym temacie coś godnego uwagi i bez niepotrzebnego, pompatycznego zadęcia. Można by tu smażyć kilkustronicową rozprawkę zabarwioną wesolutkimi anegdotkami na temat ułomności pogańsko- folkowo- chuj wi jakich- black metalowych grup rekonstrukcyjno – taneczno – kabaretowych, ale niechże ja się skupię wreszcie na klu. Otóż Malokarpatan, całe szczęście, nie ma nic wspólnego z nadmiarem fujarek i skrzypiec. Coś co mnie niezmiernie pociąga, to wyraźne traktowanie pewnych tematów z przymrużeniem oka. Jest to dość charakterystyczne dla słowacko – czeskiej sceny i mam tu na myśli szczególnie wybitny jak dla mnie Master’s Hammer. „Stridžie dni” to istna biesiada dla kogoś kto lubi: masę rozmaitych introsów, opętańcze krzyki i śmiechy, heavy metalowe solówki, brud, smród, black metal w najlepszym wydaniu czy dla kogoś kto interesuje się zderzeniem kultury dworskiej i wiejskiej oraz Janosikiem (hehe). Być może czynnikiem zachęcającym dla kogoś kto jeszcze się zastanawia, czy pochylić się nad tym czy też nie, będzie magiczne słowo: Venom (gong, pokłon). Muszę jeszcze wspomnieć o jednym: brzmienie ride’u i w ogóle sama technika gry perkusisty, który ewidentnie podjebał styl od dziadka Štaska, co to już łosiemdziesiąta wiosna będzie jak gra po wiejskich potańcówkach, jest po prostu czymś wybitnym. Nie wiem czy jest tu jakiś dobry perkusista, który mi potwierdzi albo obali tezę jakoby to była mieszanka rytmiki, którą stosowali wiejscy grajkowie powiedzmy w XIX wieku i rytmiki rockowej.

Po (tu wysoka liczba) odsłuchu nadal czuję, że marzenia się spełniają, świat jest wspaniały, ludzie życzliwi, słońce świeci, a mój kraj taki piękny. Ech… Polecam Malokarpatan wszystkim wsiurom.

10/10

Tracklist:

1. Metelica a kúrnava sa žene nad krajem
2. Kýho besa mi to tá stará ohyzdná striga do pohára nalála
3. Na kríllach cemnoty do horských úbočí zostupuje posol moru a hniloby
4. O víne, kterak učený Hugolín Gavlovič z Horovec vyprával
5. Stridžie dni, kedy neradno po slnka západe vychádzat, ni perí drápat
6. Starý z hory, čo zver svoju budzogánem pobil
7. O jedném, čo pijatikou rozum si pomúcil a nakonec v chléve prenocovat musel
8. Z jazera ozruta, s volíma rohama a telom chlapiny
9. Popolvár najväčší na svete, šarkanobijca a bohatier
Autor

8 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *