Malevolent Creation „Doomsday X”

Wydawca: Nuclear Blast Records

Pewne kapele przyzwyczaiły nas, że ich albumy nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu, wyznaczonego przez przymiotnik „dobry”. No i zaskoczeniem chyba nie jest, że wśród tego szacownego grona plasuje się również Malevolent Creation, który od lat pokazuje nam, jak grać świetny death metal z Florydy.

W tym roku, po kilkuletniej przerwie, ekipa Fasciany uderzyłą z dziesiątym (jak niektórzy mogą domyślać się po tytule) krążkiem „Doomsday X”, nagranym przez nowy – stary line – up. A czego to „nowy – stary”? Bo do kapeli wrócili po absencji Brett Hoffmann i Jon Rubin. No i w tym składzie chłopy nagrały kolejny album, w charakterystycznym dla Mejlwolentów stylu. Z tym, że te 12 kawałków zawartych nań jest bliższe raczej środkowemu okresowi kapeli, niźli ostatniemu wydawnictwu. No chyba, że ze względu na skład zalatuje mi to bardziej „In Cold Blood”, „The Fine Art Of Murder” niż „Warkult”. Przede wszystkim muza utrzymana jest w szybszych tempach, niźli miało to miejsce na ostatnim z wymienionych. Gitary wycinają rytmiczne riffy, wspomagana przez dobre solówki – świdrujące, ale i zawierające sporą dozę melodii. Do tego dochodzi gęsta praca perkusji, o częstotliwości karabinku szybkostrzelnego. No i doskonale znany głos, za którym pewno niejeden maniak uronił łezkę z tęsknoty, hehe. Utwory zagrane przez zespół przebiegają po słuchaczu niczym oddział marines przez pole minowe. Cały czas czuć ciężar ich buciorów, a od czasu do czasu ktoś nadepnie na minę przeciwpiechotną – wtedy słychać głośne pierdolnięcie i świszczące w powietrzu członki – to są właśnie te wybuchy niepohamowanego muzycznego agresora w postaci „Cauterized”, „Archaic” czy kończący całą płytę „Bio- Terror” z gościnnym udziałem ex-wokalisty Malevolent Creation – Kyle’a Symonsa (swoją drogą dziwne – najpierw gościa wypierdzielają z kapeli, a potem robi im gościnne wokale, chyba że cała sprawa ma jakieś drugie dno, hehe). Niezły jest też instrumentalny utwór „Prelude To Doomsday” – nie pamiętam zresztą, czy wcześniej kapela pokusiła się o taki kawałek. Całość płyty ma przede wszystkim feeling, czyli coś, czego brakuje masom kapel grających śmierciawy metal. Nawet czas trwania „Doomsday X” (prawie 50 minut) mi nie przeszkadza. Bo uwierzcie – za pierwszym razem odpaliłem płytkę, zamordowało mnie i skończyło się. „To już?”, zaświtało mi w głowie i niczym uparty kłapouchy kumpel Shreka pomyślałem „Ja chcę jeszcze raz!”.

Ostatnio dywagowałem z Il Principe na temat płyt, jakie ukazały się już w tym roku i doszliśmy do konkluzji, że jest to rok obfity w zajebiste krążki. Wśród nich miejsce bliskie szczytu ma niechybnie „Doomsday X” – album, którego z pewnością nie zabraknie w branżowych podsumowaniach.

Ocena: 8/10

Tracklist:

1. Cauterized
2. Culture of Doubt
3. Deliver My Enemy
4. Archaic
5. Buried in a Nameless Grave
6. Dawn of Defeat
7. Prelude to Doomsday
8. Upon Their Cross
9. Strength in Numbers
10. Hollowed
11. Unleash Hell
12. Bio-Terror
Autor

11248 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *