Machine Head „The Blackening”

Wydawca: Roadrunner Records

Pamiętam moment, gdy ukazała się debiutancka płyta Machine Head. Kurwa, to było w 1994 roku, ale ten czas leci! Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zdrowo namieszała na ówczesnej scenie. Porównywano ją wtedy do Slayera i w ogóle. I od razu powiem, że dla mnie było to porównanie na wyrost, bo z Zabójcą mało kto może stawać w szranki. Ale wrażenie w każdym razie zrobili ogromne. Potem zespół zaczął kombinować, nagrywając badziewia w stylu „The More Things Change”, czy totalnie nieudany, zalatujący komercją i dążeniem za roadrunnerowskim trendem, „Supercharger”. I już postawiłem krzyżyk na ekipie Robba Flynna. Ale w 2004 roku ukazał się „Through The Ashes Of Empires”, który tak jakby zwiastował powrót do starego stylu. Niektórzy, w tym ja, nie dowierzali, bowiem był to okres powrotów na metalowym poletku i budziło to podejrzenia o kolejny wykalkulowany ruch. Ale teraz przyszło mi zmierzyć się oko w oko z „The Blackening”. I powiem jedno: Machine Head naprawdę powrócił!

Po tym przydługim wstępie przejdźmy więc do meritum naszych rozważań.

„The Blackening” rozpoczyna się niewinnie. Dave McClain wybija cicho marszowy rytm, a reszta coś sobie brzdęka. I nagle dup! Thrashowy riff, pędzący i rozwalający wszystko co znajduje się na drodze. To naprawdę jest granie niczym u początków kariery Maszynowej Głowy. Flynn drze się jak za starych czasów, gitarzyści wycinają kolejne riffy, pełne agresji i szybkości, zawierające jednak melodię typową dla thrashowych bandów z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a perkusista z intensywnością młota pneumatycznego wykonuje swoje obowiązki. Pięknie. Oczywiście są i zwolnienia, walcowate, wgniatające słuchacza w asfalt, czyli takie do jakich zostaliśmy przyzwyczajeni na pierwszym albumie chłopaków z Oakland. Tym lepiej, że to dopiero pierwszy kawałek, trwający nota bene najdłużej, bo prawie dziesięć i pół minuty, a dzieje się w nim tyle, że głowa mała. A tu jeszcze do przejścia siedem kompozycji, z których najkrótsza ma niespełna pięć minut. Totalnie niekomercyjne posunięcie, no bo czy ktoś dzisiaj widział singiel trwający dajmy na to osiem minut? Oczywiście przyczepię się do pewnych fragmentów płyty, na których Machine Head brzmi jak jakiś pieprzony, szczeniacki new metalowy zespolik – wtedy kolesie cichutko i miło grają na gitarkach, a Robb Flynn sam, lub z pomocą kolegów nuci i śpiewa głosikiem, jakby chciał dziecko w kołysce uśpić czy coś. Na szczęście tych momentów jest niewiele, bo lwia część płyty to ostre „neo-thrashowe” (taki sobie bardzo umowny zwrot na własne potrzeby ukułem, chyba że już ktoś tego użył, to przepraszam, zwracam honor) i charakterystyczne dla Maszynistów granie. Flynn na „The Blackening” zrobił najmocniejsze wokale w całej historii zespołu. Trzeci utwór na płycie – „Aesthetics Of Hate” zawiera w sobie taki pokład nienawiści, że może się wydawać, iż gardłowy Machine Head tyle co wyszedł z więzienia, po wyroku za wielokrotne morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Naprawdę, szacunek dla tego gościa, że zmądrzał i zostawił w cholerę new metalowe pitu pitu i zapragnął powrotu do korzeni. Właściwie tylko „Now I Lay Thee Down” z tej płyty podpada jeszcze pod pomyłki w stylu trzeciego czy czwartego albumu, a to z powodu przesytu melodyjnym zawodzeniem w refrenach. Na szczęście tylko ten numer. Reszta to już ostre napieprzanie po ryju, niczym po zmroku w slumsach rodzinnego miasta Machine Head. Samo brzmienie też jest takie, że mucha nie siada, bo jakby siadła, to dostała by szesnastotonową packą. Po raz drugi Robb Flynn pokazał, że i po drugiej stronie konsolety umie się znaleźć. Co mu się chwali i pozytywnie wpływa na ocenę „The Blackening”.

Podsumujmy. Machine Head powrócił na dobre do świata mocnych dźwięków na bardzo wysokim poziomie. Zewsząd słychać głosy, że jest to ich najlepsza płyta, jeśli nie w ogóle, to na pewno od czasów „Burn My Eyes”. I ja się tu nie będę wybijał. Nie z powodu konformizmu, czy innych stadnych pobudek. Po prostu uważam tak samo. Jest to klasowy album, który co prawda ma śladową ilość słabych momentów, lecz jest ich tak niewiele, że prawie się ich nie zauważa. Mówiąc krótko – „The Blackening” to świetny krążek, z którym trzeba sie zapoznać!

Ocena: 8,5/10

Tracklist:

1. Clenching the Fists of Dissent
2. Beautiful Mourning
3. Aesthetics of Hate
4. Now I Lay Thee Down
5. Slanderous
6. Halo
7. Wolves
8. A Farewell to Arms
Autor

11764 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *