Lucifer „Phosphoros (demo)”

Wydawca: wydanie własne

Lucyfer w sumie ma klawe życie. Z Bogiem się licytował, z aniołami pogrywa zapewne w pokera i pewnie z Elvisem – o ile piekło odwiedza – wycina rock’n’rollowe standardy. Lucek ma też czasami przejebane (ja też, bo słuchać musiałem), bo jako postać – wierzyć, nie wierzyć – prawdziwa nie ma tantiem za używanie jego imienia w nazwie zespołu (a tych zespołów jest jak się doliczyłem chyba z 6 jak nie więcej). Ale ja nie o tym…

„Phosporos” to pierwsze demo niedojrzałych młodzieńców, dla których czarna sztuka znaczy więcej niż Krecik i Rumburak razem wzięci. Niedojrzałe w pełni młoćki wypluli na ten smutny świat 6 utworów ledwie, zgrabnie zagranego black metalu na modłę ubiegłego wieku ze szczyptą czeskiego charakteru (i pogaństwa) i domieszką śmierć metalu (no bo być musi, bo to „śmierć” he he). Czyli: prosto, do przodu w średnich tempach z krzykliwymi wokalizami. I tyleż mógłbym powiedzieć o tym „mrocznym wyziewie”, ale nie mogę sobie podarować kilku „ale”. Na początek jest dobrze, jednak w miarę odsłuchiwania kolejnych kawałków widać pewne braki. Przede wszystkim nijakość. Ja rozumiem, że form i stylów black metalu jest tona, jak nie dwie i nie trzy maści i tyleż death metalu i pagan metalu, ale dla słuchacza – takiego starego delikwenta jak ja – jest to męczące. Granie, wałowanie tego samego, a tym bardziej wrzucanie wszystko do jednego kotła, doprawdy nie tworzy klimatu a wręcz usypia i ogłupia takiego dziada jak ja. Co prawda młokosy starają się zaskoczyć tu i ówdzie dorzucając przejścia („melodyjne”, że tak rzeknę), zwolnienia i „inkantujące” niewiasty w swojsko brzmiącym „Grunwaldzie” (fajne jakieś w ogóle te Wasze dziewuchy?), ale to nie starcza. Mieszać gatunki można, a i owszem, bo to teraz całkiem trendy jest, ale to Lucyferowi nie za bardzo wychodzi (i nie przystoi). Druga sprawa to taka, że jednak język czeski jest zdecydowanie mocną stroną tego dema (tak, jest bardziej pogański), zaś tutaj go jest jak na lekarstwo. Zamiast niczym Karel Gott wychwalać „Lucka” zespół brnie w angielszczyznę, co zdecydowanie (w tym wypadku) mu ujmuje. A skoro język to i wokalizach być musi, tak istotnych przecież he he… Czyli na koniec i po trzecie: jest całkiem, całkiem („czyste” partie wypadły bardzo przyzwoicie), ale jeszcze sporo wody w Wełtawie przepłynie zanim poziom „głosu” będzie odpowiedni (dojrzewamy, co? he he).

Reasumując. Następny materiał powinien być bardziej przemyślany, dopracowany i przede wszystkim ukierunkowany. Gdzieś tam Lucjan Wam świeci, ale jeszcze to nie ta forma i nie ten kształt ZŁA, bo jak grać ze Śmiercią w szachy, to tylko na poważnie i do tego czarnymi bierkami.

Ocena: 5/10 (na zachętę)

01. Phosphoros
02. The Return ov Hannibal
03. Immortal
04. Grunwald
05. Walls ov Uruk
06. Krkonošské Lesy

Autor

428 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii... W 33,4% joürnalist a 66,6% drünk bästard...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *