Lillian Axe „Waters Rising”

No to mi się dostał zespół. Lillian Axe. Kto ich słyszał ręka w górę. Nie widzę… Ja też o nich słyszę pierwszy raz. Czasem jest to dobre, jak nie słyszało się o zespole wcześniej, wszyscy w końcu lubią miłe niespodzianki. Gorzej jest, gdy okaże się, że w ślicznym opakowaniu prezentu jest psia kupa. A co czai się w kopercie od promówki? O cholera…

Jako, że jak już wspomniałem słyszę o Lillian Axe po raz pierwszy, szybko kopsnąłem się na Pomocnik Każdego Metala, czyli Metal Archives. A tam o Lillian Axe ni chu chu. Cóż, dopiero oficjalna strona powiadomiła mnie, iż „Waters Rising”, jest już którymś tam z kolei albumem zespołu. Zespół, który istnieje już ponad 20 lat! Tego właściwie nawet się domyślałem, widząc okładkę, swoją drogą kiczowatą okrutnie. Wyglądają jak podstarzali rockersi z lat ’70, żyjący wspomnieniami o tym, jak dmuchali panienki, które dziś mają już dorosłe dzieci, męża i 35 kilo więcej. No ale ze mnie też nie jest Brad Pitt, więc się nie będę wymądrzał, hehe. Przejdźmy więc do muzyki, bo to jest najważniejsze. No to powiem Wam tak: goście wyglądają tak jak grają. Albo na odwrót, jak wolicie. Właściwie nie wiem ile osób czytających te słowa może być zainteresowanych muzyką Lillian Axe. Raczej niewiele, chyba, że lubicie tzw pudel metal, który królował w Mieście Aniołów w latach osiemdziesiątych. A powiem Wam, że zaczynało się nawet ciekawie, bo pierwsze trzy kawałki przypominają mi Rainbow z okresu „Rising” czy „Long Live Rock And Roll”. Dość żywe granie, ot chwytliwy hard rock, a trzeci z kolei „Become A Monster” ma naprawdę niezły riff. A jako, że lubię czasem takiego rocka, dodatkowo jestem aktualnie na wczasach i popijam sobie Żubróweczkę, zacząłem sobie tupać nogą i w ogóle. Wokalista ma dodatkowo przyjemną dla ucha barwę głosu, ot takie lekkie i niezobowiązujące granie. Lubię takie coś, ale jednak do czasu. Potem bowiem zaczęło się granie a’la Bon Jovi – słodkie, balladowe, w sam raz dla młodych fanek rocka, które na ścianie mają plakaty wyżej rzeczonego, wycięte z Bravo. Jukkk!!! Moja gęba wykrzywiła się jak po syropie na żołądek, a nie po zimnym drinku. I najgorsze, że zostało tak do końca „Waters Rising”. Oj, nie dobrze, nie dobrze. Założę się, że pierwsza płyta zespołu, nagrana w 1988 roku zawierała taką samą muzykę. Tylko, że wtedy był na to popyt i małolaty kupowały takie zespoły na kilogramy. A dziś? Nie przewiduję, żeby przed płytowymi ustawiały się kolejki, a dzieciaki skandowały nazwę zespołu od północy dnia poprzedniego. A już w ogóle nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek z Was, którzy szukacie tutaj recenzji ostatniego Behemotha czy Darkthrone, pobiegniecie w te pędy po nowy album Lillian Axe, nawet jeśli napisałbym, że jest to najlepszy album hard rockowy ostatnich dwóch dekad. Zwłaszcza, że wcale tak nie napiszę.

„Waters Rising” zaczął się całkiem nieźle, nawet miło mnie zaskoczyły pierwsze trzy kawałki i może kilka fragmentów potem. Ale to tylko kwadrans z ponad godziny, tyle bowiem trwa cała płyta. Za długo. Zalatuje to wszystko naftaliną i zapachem starych, znoszonych ciuchów – takich, w jakie niechybnie stroją się muzycy zespołu od końca lat osiemdziesiątych. A to na pewno nie jest efekt Axe.

Ocena: 4/10

Tracklist:

1. Water Rising

2. Antarctica

3. Become A Monster

4. Quarantine

5. I Have To Die, Goodbye

6. Fear Of Time

7. Until The End Of The World

8. Fields Of Yesterday

9. Thirst

10. Deep In The Black

11. 5

Autor

10086 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *