Lillian Axe „Sad Day On Planet Earth”

Wydawca: Blistering Records

Swego czasu zdarzyło mi się pojechać po tym zespole. Obyło się szczęśliwie bez późniejszej utarczki, nawet słownej, choć w tym wypadku to ja byłem stroną ofensywną. Albo tych panów złe recenzje walą, albo… nie znają polskiego, hehe. Bardziej druga opcja do mnie przemawia. Ale ponoć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…

Zespołem, który zebrał cięgi za swą ówczesną tfu-rczość był Lillian Axe. Ale jakbyście posłuchali „Waters Rusing” to myślę, że zgodzilibyście się ze mną. Płyta to była mdła, ¾ czasu przeznaczonego na słuchanie jej było równoznaczne z marnowaniem tej cennej waluty. Niespodziewanie dla mnie do recenzji dostałem ich najnowszą produkcję, noszącą tytuł „Sad Day On Planet Earth”. Włączając płytę pomyślałem, że tytuł będzie a propos dnia, w którym ten krążek stanął mi na drodze. Po odpaleniu pierwszego numeru pomyślałem, że nie jest źle, ale natychmiast zapaliła się u mnie ostrzegawcza lampka – „hola hola, drogi Oraclu, przecież ostatnio też tak było, że pierwsze trzy kawałki git, a potem kaszana!”. Więc pomny tej przestrogi słuchałem i słuchałem, gotowy na wszystko…I ku mojemu zdziwieniu „Sad Day On Planet Earth” jest płytą lepszą, niż poprzedniczka. Dobra, nie klękam i nie biję pokłonów, ale da się tego słuchać. To już coś, zważywszy, że panowie plumkają sobie coś a’la pudel-metal (popatrzcie na ich zdjęcia z lat osiemdziesiątych) wymieszany z hard rockiem. Trochę taki Bon Jovi, trochę taki heavy metal, którego notabene jest chyba więcej niż na „Water Rising”. Doszło do tego, że sam z nieprzymuszonej woli potrafię sobie zapuścić taki „Down Below The Ocean”, czy balladę o miłości (o kurwa, niechybnie zakrzykniecie chórem) „Within Your Reach”. Co najśmieszniejsze, panowie raczej bardzo nie odbiegają muzycznie od poprzedniego krążka, a jednak zagrali go jakoś tak lepiej, z werwą… albo to ja się starzeję i tylko czekać, aż zacznę wytupywać sobie przeboje Skaldów czy Karin Stanek (jak nie wiecie kto to, zapytajcie babci przy jakim utworze poznała dziadzia). Dobra, żeby nie było za pięknie, to powiem Wam, iż ostatnie parę utworów już mnie tak nie rusza, jak te wcześniejsze. Może muzycy Lilian Axe założyli, że recenzenci przesłuchują pierwsze trzy kawałki i na ich podstawie wystawiają ocenę. Pewne osoby na przykład tak myślą (pozdrawiam Pomorze!), ale to naprawdę mylne myślenie. Końcówka płyty jest po prostu zbyt mdła i nudna, ale tak mniej więcej pierwsze dziesięć utworów broni się całkiem nieźle.

Widzę postęp w przypadku tego zespołu – w sumie kilkanaście wiosen egzystują na tym łez padole, więc najwyższy czas. Na razie jest tak jak widać poniżej, ale to zawsze coś. Boję się tylko, że z tym tempem maksymalną liczbę punktów w recenzji dostaną, gdy będą mieli po dziewięćdziesiąt lat. Ale może warto zaczekać…

Ocena: 6/10

Tracklist:

1. Cocoon

2. Megaslowfade

3. Jesus Wept

4. Ignite

5. The Grand Scale Of Finality

6. The Sad Day On Planet Earth

7. Hibernate

8. Within Your Reach

9. Down Below The Ocean

10. Blood Raining Down On Her WIngs

11. Cold Day In Hell

12. Nocturnal Symphony

13. Divine

14. Kill Me Again

15. Fire, Blood, The Earth & Sea

Autor

11089 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *