Invincible Force „Satan Rebellion Metal”

Invincible Force  Satan Rebellion MetalWydawca: Dark Descent Records

Są płyty nad którymi trzeba spędzić miesiące, a nawet lata żeby je w pełni zrozumieć i polubić. To na pewno nie jest jedna z tych płyt. Ten materiał nie flirtuje z odbiorcą. On kopie w pysk. Myślę, że potencjalnego masochistę takie słowa już zachęcają, nie wszyscy jednak słuchacze metalu należą do tejże akurat grupy dewiantów. Powolutku więc.

Scena chilijska to na pewno temat na dłuższe dywagacje. Amerykańscy naukowcy nie rozgryźli jeszcze, co wpływa na powstawanie kapel, takich jak Invincible Force. Ja się tylko domyślam. Owa niezwyciężona siła z Santiago, ma na koncie cztery dema i trzy splity. „Satan Rebellion Metal” to ich pierwszy i dotychczas jedyny album, który stylistycznie podąża już nieco dalej niż tylko inspiracje wczesnym Destruction. Mamy tu bowiem fuzję death thrash i black metalu. I faktycznie po pierwszym odsłuchu ciężko mi było wrzucić płytę do jednego wora. Wydawałoby się, że z takiego połączenia może wyjść niezła kabała, paradoksalnie jednak wszystko tworzy tu jedną spójną całość. Płyta jest prędziutka, ale nie na tyle, żeby obijało bebechy. Zdecydowanie więcej tu deathmetalowej ciężkości niż trzeszczącego speed thrash metalu jak we wcześniejszych dokonaniach. Perkusista na szczęście darował sobie gonienie własnego ogona jeśli chodzi o prędkość. Nie grzeszy też kombinacjami, szczególnie jeśli chodzi o pracę stopą. Czy to wada czy zaleta, kwestia do rozpatrzenia indywidualnie w waszych serduszkach. Na pewno nie mamy tu do czynienia z muzycznymi poszukiwaniami i odkrywaniem kolejnej Ameryki. W owych ośmiu żwawych pioseneczkach warto raczej docenić chwytliwość riffów na miarę Asphyx, Inquisition czy Carpathian Forest. Slayerowskie solówki z bogactwem wajchowania w „Summoning The Black Destruction” i „Bringers of Armageddon” popieram w całej rozciągłości! Aż chciałoby się więcej. Chłosta, którą serwuje nam wokalista nie zawstydziłaby nawet prawilnego inkwizytora Torquemady. Nie wiem jaką dietę stosuje Pan Bato vel Holocausto, ale niech stosuje ją dalej, bo życzyłabym sobie żeby był zdrowy, silny i wyśpiewał nam tak hożo, kolejne płyty. Partie basu to również jego dzieło i polecam studiować je z bezbożną czcią. Jeśli chodzi o charakterystykę dźwiękową, to panowie z Invincible Force stanowczo nie brzmią jak trzódka igrających aniołków. Masywnie, ale bez nadto poluzowanych strun. No i pogłos na wokalu! Tego mi zawsze brakuje jeśli tego nie ma. Tu jest i to z wyczuciem, nieprzesadnie. Mix Master wiedział co robi. Do tego zabiegi, takie jak ledwo słyszalny śmiech w intro, jak najbardziej na plus! W tekstach nie ma rozbabrywania filozofii zniszczenia na czynniki pierwsze. Śmierć, pożoga, wojna, Szatan. Stwierdzam adekwatność tytułu do reszty warstw. Za okładkę odpowiedzialny jest Mark Riddick (Grave Wax, Fetid Zombie, Macabra, Moonroot, Unburied, Hexentanz, The Soil Bleeds Black) – chłop orkiestra, w Polsce znany z grafiki dla Selfmadegod Records, poza tym autor logosów m.in. dla takich bestii jak Absu, Abigail, Master, Mystifier, Nunslaughter czy Varathron. Powinszować kapeli, zaangażowania takiego artysty.

Ze swojej strony mogę zapewnić, że zupełnie naturalną reakcją organizmu po przesłuchaniu tej płyty jest permanentna agresja, skrajna nienawiść do zorganizowanej religii i do ludzkości w ogóle. Fani gorrrrących południowoamerykańskich rytmów na pewno nie będą zawiedzeni. ¡buen provecho!

Ocena: 8/10

Tracklist:

1. Rise the Wrath of Satan  
2. Scraps of the Dead  
3. Necromance  
4. Summoning the Black Destruction  
5. Desolation  
6. Onwards to War  
7. Bringers of Armageddon  
8. Unholy Trinity
Autor

8 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *